TOP

W poszukiwaniu formy | Paweł Kaczyński

Metal, który wygląda jak tkanina, gołębie jaja, spreparowana ryba i plastikowa trawa – to jedynie wstęp do świata biżuterii tworzonego przez Pawła Kaczyńskiego. Oto rozmowa ze złotnikiem, który jest nie tylko laureatem wielu konkursów, docenianym na wystawach biżuterii na całym świecie, ale też grafikiem, artystą, a przede wszystkim poszukiwaczem nowych form.

 

Metalowe bransolety, które wyglądają jak zrobione z delikatnej tkaniny, to Pana znak rozpoznawczy. Skąd pomysł na pokazanie tak surowego materiału w delikatnej odsłonie?

 

Założeniem tego pomysłu, było znalezienie takiej formy metalu, która dałaby mi możliwość pokazania nowych, nietypowych dla niego właściwości wizualnych i plastycznych. Zależało mi na tym, by z metalu uzyskać efekt zupełnie innego tworzywa, np. tkaniny. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że biżuteria to zazwyczaj różne formy z blachy. Siatka z której korzystam jest półprzezroczysta, co pozwala mi na tworzenie np. takich elementów jak kwiaty i uzyskanie nietypowych form w taki sposób by nawet liść czy płatek zrobiony ze stali, był zwiewny i delikatny. Efekt jest na tyle zaskakujący, że dochodzi do zabawnych sytuacji: gdy spotykam się na wystawach z osobą, która nie zna mojej twórczości, to najwięcej czasu spędzam na tłumaczeniu, że moje prace są w całości wykonane z metalu. To śmieszne, bo ludzie potrafią się wręcz ze mną kłócić. „Ok – mówią – rozumiem, to zapięcie jest z metalu, a to, co to jest za tkanina?” Nikt nie chce wierzyć, że to metal.

 

W jakich okolicznościach powstała pierwsza bransoleta z siatki?

 

W moich pracach zawsze poszukiwałem nowych rozwiązań, które pozwoliłyby mi na stworzenie własnej, indywidualnej formy. Tak właśnie było z siatką, którą stosuję w biżuterii. W 2001 roku powstała Grupa Sześć – pod tą przekorną nazwą kryła się piątka złotników, w tym i ja. Przez ponad dziesięć lat każdego roku realizowaliśmy wystawy tematyczne w których eksperymentowaliśmy z formami, materiałami i możliwościami twórczej ekspresji w biżuterii. Jedną z takich prac była bransoleta wykonana na wystawę „Znalezione”. Gdy szukałem pomysłu na realizację prac do tego tematu, w sklepach z metalami kolorowymi trafiłem na różne siatki, m.in. z brązu. Postanowiłem stworzyć z tej właśnie siatki bransoletę. Co ciekawe, byłem wtedy przekonany, że to jednorazowa praca, że jest to materiał nietrwały, którego nie da się wykorzystać w seryjnej biżuterii. Pamiętam nawet sytuację w której powtórzyliśmy wystawę „Znalezione” w galerii Bielak w Krakowie, podczas której właścicielka Galerii Ofir, pani Starzecka, bardzo namawiała mnie, bym zrobił podobną bransoletę do jej galerii. Odwodziłem ją od tego pomysłu twierdząc, że nie da się wykonać praktycznej pracy do sprzedaży.

 

Ale znów sięgnął Pan po siatkę?

 

Dokładnie. W pewnym momencie poczułem potrzebę, by się doszkolić i poszedłem na ASP na Wydział Biżuterii. Dyplom, który robiłem na Akademii, był świetną okazją, by ten materiał porządnie zanalizować, m.in. pod względem możliwości technicznych i plastycznych. Na potrzebę pracy dyplomowej wykonałem wiele unikatowych bransolet – to dało mi możliwość zbliżenia się do formy siatki i doskonalenia techniki jej wykorzystania. Na początku nie wiedziałem w ogóle do czego taki materiał w przemyśle jest używany i gdzie go zdobyć. Jednak powoli, z roku na rok, poznawałem go coraz lepiej. Na początku sięgałem po brąz, później dołączyła do tego stal, która okazała się jeszcze bardziej trwała i dająca większe możliwości. W tej chwili 80% moich kolekcji, opartych jest na wykorzystaniu różnego typu siatek ze stali szlachetnej i brązu.

 

Na biżuterię patrzy Pan nie tylko jako złotnik, ale też jako fotograf. Trudno jest oddać charakter biżuterii na zdjęciu?

 

Fotografia pojawiła się w mojej działalności właściwie z konieczności – przez wiele lat miałem  problem, by znaleźć kogoś, kto odpowiednio oddałby moje prace na zdjęciach, kto zrozumiałby, jaki efekt chcę osiągnąć. Sam więc sięgnąłem po aparat i dziś to ja robię większość zdjęć moich prac. Nie jestem w stanie podać gotowego przepisu na to, jakich parametrów trzeba użyć, by zrobić dobre zdjęcie biżuterii. Natomiast niezaprzeczalnie jest to oddzielny dział fotografii i wymaga zupełnie innego podejścia niż np. reportaż czy portret. Gdy fotografuję, często chcę wyciągnąć z prac konkretny detal, który jest dla mnie wyjątkowy. Na przykład to, że wiele rzeczy jest wykonanych z mojej charakterystycznej siatki, wymagało ode mnie, by zwrócić na nią uwagę na zdjęciach. Z jednej strony chciałem pokazać niezwykłość formy, ale i wyróżniający się szczegół. Pokazanie tego wszystkiego w fotografii to wyzwanie – mam nadzieję, że mi się to jakoś udaje. Ważne jest też to, że nie wszystkie rzeczy są fotogeniczne. Istnieją świetne przedmioty, które bardzo trudno jest ciekawie sfotografować, ale zdarza się także, że są rzeczy banalne, które w obiektywie kapitalnie wyglądają. Z pewnych obiektów, dzięki fotografii, można wydobyć dużo więcej, niż same w sobie reprezentują i odwrotnie. Łatwo można przygasić przedmiot, który jest naprawdę bardzo wartościowy.

 

Wspomniał Pan o Grupie Sześć, której misją było podejmowanie wielu, czasem kontrowersyjnych, tematów poprzez biżuterię. Może Pan zdradzić coś więcej o tej nietypowej formacji?

Każdy z tematów, które podejmowaliśmy był inny – każdy był wyzwaniem. Wspólnie ustalaliśmy temat, omawialiśmy go, a następnie każdy z nas odnosił się do niego indywidualnie. Co ciekawe, przedmioty trafiały na ekspozycję na parę minut przed pierwszym otwarciem wystawy, nie pokazywaliśmy ich sobie wcześniej więc było to też spore zaskoczenie dla każdego z nas.  

Tematy wystaw były bardzo różnorodne, dobieraliśmy je według zagadnień które w danym momencie nas intrygowały. Dodatkowym bardzo ważnym elementem tych wystaw był dobór indywidualnej i zazwyczaj nietypowej prezentacji prac.      

 

Przykładem niech będzie wystawa „Design”, na potrzeby której zainteresowaliśmy się technologią 3D – wtedy była to totalna nowość. Jeden z nas, Boguś Bytomski pracował od jakiegoś czasu w programach 3D. Wykorzystaliśmy to i z jego pomocą zaprojektowaliśmy bazę – pierścień, półprodukt który wydrukowaliśmy i odlaliśmy w kilkunastu egzemplarzach. Każdy z nas otrzymał kilka sztuk, z których powstało w sumie 20 różnych pierścieni. Była też wystawa „Złoto”, podczas której każdy z nas wykonał tylko jedną pracę, ale za to ze złota. Projekty położyliśmy na niewielkich kubikach wysokości około 10 cm, można więc powiedzieć, że właściwie leżały na podłodze. Prace znajdowały się w ciemnym pomieszczeniu, każda była oświetlona mocnym słupem światła. W ten sposób powstały świetlne, wirtualne gabloty. Byliśmy ciekawi jak zachowają się ludzie odwiedzający wystawę. Czy wszyscy będą się tylko patrzyli czy dojdzie do interakcji? Okazało się, że ludzie faktycznie zaczęli podnosić te przedmioty, podawać je sobie, bawić się nimi. Taki sposób prezentacji był bardzo ciekawy – pokazywał nasze prace w innym kontekście: jako przedmioty z jednej strony cenne, zamykane w gablocie, a z drugiej strony z możliwością dotknięcia i zabawy.

 

Mimo, że Grupa Sześć zakończyła działalność, Pan nadal lubi eksperymentować, sięgać po nowe techniki. Co ostatnio Pana zafascynowało?

 

Ostatnio zainteresowałem się wykorzystaniem techniki spawania – dzięki niej mogę tworzyć rzeczy, które kiedyś były dla mnie niemożliwe: np. nietypowa oprawa kamienia takiego jak bursztyn. Bardzo zaciekawiła mnie też struktura, jaką można uzyskać przy spawaniu i wykorzystuję to w moich pracach, pozostawiając widoczne spawy. Poza efektem wizualnym, to także nowe możliwości pracy nad przedmiotem. Takim eksperymentem jest pierścień „Ring for speed” z bursztynem, który wykonałem z połączenia złota i srebra, w trzech różnych próbach. Jest tam parę zagwozdek i patentów, które byłyby bardzo trudne do wykonania w tradycyjny sposób. Drugim przykładem eksperymentalnej pracy, w której wykorzystałem spawanie, jest bransoleta „srebrna poducha”. To duża forma, która jest wypełniona w środku pierzem. Mimo sporych rozmiarów, udało mi się ją zbudować z bardzo cieniutkiej blachy ze srebra . W tradycyjnej technologii, łączenie srebra wymaga podgrzania całego materiału, srebro staje się miękkie, a pierze po prostu by się spaliło. Dzięki spawaniu udało mi się zamknąć pierze w dużej geometrycznej formie. Wydaje się, że jest to ciężki masywny przedmiot, ale w rzeczywistości waży jedynie niecałe 200 gram.

 

Pierze to dość nietypowy materiał, a na Pana stronie internetowej można znaleźć takie cuda, jak pierścionek z gołębiego jaja. Często sięga Pan po tak niecodzienne tworzywa?

 

Działam z wieloma, różnymi materiałami – czy to z plastikiem czy tymi bardziej naturalnymi, organicznymi. Miałem między innymi kolekcję tzw. Trawek. Początkowo była to para kolczyków ze sztuczną trawą, przygotowana oczywiście na jakąś wystawę. Ta sztuczna, plastikowa trawa była o tyle śmieszna, że sprzedawano ją w donicach w sklepie z dekoracjami do domu. Kupiłem ich kilkanaście – z tego stworzyłem spory set, który robiłem do wyczerpania trawy. W latach 90-tych był to mój znak rozpoznawczy. Z kolei do Galerii Bożeny Marki na wystawę „W stronę Japonii”, przygotowałem kiedyś naszyjnik z rybą, którą spreparowałem – musiało mi całkiem nieźle pójść, bo mam go do dzisiaj i jest w całkiem niezłym stanie. Innym przykładem nietypowego naszyjnika jest ten zrobiony ze 100-letniej klawiatury fortepianowej, wykonany na konkurs „Biżuteria jak muzyka”. Klawisze same w sobie były piękne – kość słoniowa i heban. Trafiłyby pewnie na śmietnik, ale na szczęście wylądowały w mojej pracowni.

 

Pana prace są na pewno charakterystyczne. Kto jest Pana odbiorcą?

 

Przyznam, że wielokrotnie się zastanawiałem, kto jest odbiorcą mojej biżuterii. Ja sam nie mam często do czynienia z klientem, jestem pozbawiony tego bezpośredniego kontaktu. Czasem jednak robię unikatowe rzeczy na zamówienie – wtedy widok osoby, u której moja praca wywołuje wiele emocji, sprawia mi ogromną przyjemność. O to właśnie chodzi, by to, co robię, sprawiało ludziom radość, żeby biżuteria była więcej niż ozdobą. Kilkakrotnie zdarzyło się też, że spotkałem kogoś, kto miał moją biżuterię i mówił, że jest tą biżuterią zafascynowany – takie sytuacje są najważniejsze w pracy twórczej. Nadają sens mojej pracy. Nie tworzę przedmiotów pożytecznych, mam jednak nadzieję, że poprzez to, co tworzę, udaje mi się czasem poprawić komuś humor.














zdjęcia: www.pawelkaczynski.pl

Podoba Ci się? Podziel się!

Copywriter kawoholik. Jako antropolog i dziennikarz z wykształcenia, nie lubi oczywistych odpowiedzi i pierwszych skojarzeń, kocha za to historie z drugim dnem. Na co dzień jest człowiekiem od zadań wszelakich w poznańskiej agencji marketingowej, a w przerwach między stukaniem w klawisze, randkuje z migawką swojego Nikona. Piastunka oplątw oraz niepoprawna psia matka.