TOP

Powtarzalność jest nudna | Jacek Baron

Jego ulubiona biżuteria? Ostatnia, którą zrobił. I choć jego uczucia szybko się zmieniają, to jedno jest pewne: jego fascynacja bursztynem jest stała i nieprzemijająca. Oto Jacek Baron, złotnik o niezwykłej pasji i niekończącej się pomysłowości oraz jego szczera opowieść o meandrach pracy twórczej.

 

Nazywają Pana pionierem nowoczesnego bursztynnictwa, dlatego spytam przekornie: czy bursztyn ma jakieś wady?

 

Oczywiście – chociażby to, że jest dość kruchy, miękki, zużywa się w noszeniu, zmienia kolor. Kiedy bursztyn się starzeje, robi się matowy, później ciemnieje. W trakcie obróbki trudno jest uzyskać na nim idealną taflę – na innych kamieniach szlachetnych jest to łatwiejsze, bo są one twardsze. Z drugiej strony bursztyn ma w sobie pewną ciekawość – wiele rzeczy się w nim dzieje, a każdy kawałek jest zagadką. Jego szlifowanie to wielkie odkrycia i wielkie emocje, dlatego, że można odkryć w nim coś, co jest zaklęte w kamieniu od 40 czy nawet 60 milionów lat – to prawdziwa prehistoria. Kiedy popatrzy się na bursztyn pod lupą, można na przykład zauważyć jak pająk walczył o życie i szamotał się, bo żywica jest zamącona wokół niego. Kiedyś znalazłem też zatopioną w bursztynie poczwarkę, która właśnie wychodziła z kokonu. A ileś można zaobserwować pięknych rysunków w które układa się zwietrzelina – ja sam dojrzałem w niej kiedyś obraz „Kąpiące się” Renoira. To są nieprawdopodobne sprawy. Kiedy człowiek nie działa bezmyślnie i zastanowi się nad tym co widzi, to jest coś niesamowitego.

 

Czy stąd wzięła się między innymi Pana fascynacja bursztynem 30 lat temu?

 

Była to fascynacja częściowo pragmatyczna, bo bursztyn po prostu był dostępny w tamtym czasie.  Ale wynika ona też z faktu, że mogłem po prostu zrobić co chciałem z tym materiałem – dawał się on bez problemu oszlifować czy wypolerować. Mogłem też zrobić samodzielnie proste przyrządy do jego obróbki – z poskręcanych razem kątowników powstawały całkiem przyzwoite frezarki. Dzięki temu łatwo mogłem pracować nad bursztynem i to w sposób powtarzalny. Bez większego wysiłku mogłem tworzyć bransoletki z dwudziestu takich samych elementów lub nawet całe komplety. Poza tym bursztyn daje możliwość eksperymentowania, robienia przeróżnych kształtów i ich oprawy w metalu. Dzięki temu łatwiej jest projektować i nie powtarzać przy tym siebie samego. Nienawidzę się powtarzać po parę razy – nudzi mnie to.

 

O Pana projektach z pewnością nie można powiedzieć, że są wtórne czy nudne. Wystarczy chociażby wspomnieć charakterystyczną kolekcję biżuterii mechanicznej. Mimo, że premierowy pokaz odbył się w 1998 roku, to jeszcze dziś mógłby wywołać wiele emocji. Jak wpadł Pan na pomysł wprawienia biżuterii w ruch?

 

Poproszono mnie, żebym zrobił w Legnicy pokaz na nagich modelkach. W pierwszej chwili pomyślałem sobie sobie: coś tu jest nie tak, bo albo prezentuję biżuterię albo cycki. Ale zastanowiłem się nad tematem i stwierdziłem, że mogę zrobić biżuterię, która rozbierze modelkę, ale nie w takim sensie, że ona będzie naga, tylko raczej, że biżuteria coś jej zdejmie, coś odkryje. Najpierw była więc idea rozbierania, a potem idea tego, jak to ubrać w słowa. Premierowy pokaz zaczynał się od tego, że na scenę wychodzą trzy modelki w ubraniach, które sam im uszyłem.  Przychodzi kelner, nalewa im szampana, one go piją, rozmawiają ze sobą. W pewnym momencie kelner wsiada na specjalny rower, który produkuje prąd i w ten sposób włącza biżuterię, którą modelki mają na sobie. Wszystko zaczyna się ruszać – w pewnym momencie jednej z modelek spadają majtki, druga ma naszyjnik, który wygląda jak wibrator… Wszystko jest ubrane w taką specyficzną opowieść. To jednak nie koniec – po tym spektaklu dziewczyny wychodzą i przychodzi sprzątaczka, w charakterystycznym nylonowym fartuchu w kwiatki i zaczyna sprzątać po pokazie. Po chwili włącza sobie bransoletkę, która powoli wypruwa nitkę z fartucha. W końcu on spada i okazuje się, że sprzątaczka ma na sobie zbroję: stringi i biustonosz ze srebra w obudowie kolczugi, a ona sama jest taką niby Walkirią. To naprawdę było przedstawienie! Nikt wcześniej nie ożywił tak biżuterii. Na początku te wszystkie tryby były zrobione z pleksi, ale później, ponieważ ktoś chciał to kupić, przerobiłem je na bursztyn. Każdy tryb musiał być ręcznie dostosowany do drugiego, co nie było łatwe, bo były one krzywe – chodziło o to, by tryby chodziły dodatkowo na boki, by ich ruch był bardziej widoczny. Generalnie zrobienie takiego ruchomego naszyjnika było bardzo trudne i pracochłonne, ale dające niebywałą satysfakcję, kiedy na końcu to wszystko razem działało.

 

Na pewno nie brak Panu pomysłowości – w końcu to Pan wymyślił szlif Baron Cut. Na czym on polega?

 

To  fala zrobiona wgłąb kamienia, więc nie jest to szlif wypukły, tylko wklęsły. Jest to zrobione między innymi po to, by oszczędzić kamień, co jest ważne, gdy jest on na przykład popękany. Dzięki temu, że wybieram wklęsłości, jestem w stanie wyciągnąć te wszystkie pęknięcia, a przy tym powstają bardzo piękne kształty. Szczególny efekt można uzyskać przy kamieniach żółtych, które wyglądają jakby były zrobione z zaklętej wody – ciężko opisać to słowami. Z tym szlifem stałem się dość rozpoznawalny, więc ludzie, którzy interesują się bursztynem często do mnie przychodzą, bym oszlifował im kilka kamieni – nawet czasem robią mi zdjęcie, by móc potem mówić, że to na pewno jest oryginał zrobiony przeze mnie.

 

A Pana nowsze dzieła? Stworzył Pan między innymi kolekcję bardzo zdobniczą, gdzie bursztyn występuje w wydaniu bardzo luksusowym.

 

Ta kolekcja jest zrobiona z kamieniami szlachetnymi. Są w niej brylanty, szafiry – żadnych syntetyków, żadnych cyrkonii, a do tego wyłącznie złoto. Pracując nad tą kolekcją myślałem o tym, że bursztyn staje się tak szalenie drogi, że zaczyna przebijać cenowo wiele materiałów, w związku z czym należy mu się oprawa dopasowana do ceny. Jednak właśnie ze względów finansowych nie dokończyłem jej – mam przygotowane i zaplanowane wszystkie modele, ale ich nie wyprodukowałem. Nie jest to jednak moja ostatnia kolekcja, bo o wielu rzeczach nie wspominam. Ja jestem trochę nienormalny, bo bardzo dużo rzeczy robię do szuflady albo do folderu komputera. Na przykład zrobię jedną sztukę z danej kolekcji, żeby sprawdzić czy da się w ogóle coś takiego wykonać i już – to koniec, zrobię i zapominam. Szczególnie, jeśli wiem, że rynek tego nie kupi albo kupi za bezcen. Nie rozumiem czemu miałbym sprzedawać za grosze coś, przy czym bardzo się napracowałem, szczególnie, jeśli jestem przekonany o tym, że jest to oryginalne i zwyczajnie dobre. Społeczeństwo Biedronki nie jest w stanie docenić czegoś, co jest inne. Wszyscy pytają tylko „ile”. Nie o to chodzi.

 

A co jest ważne w pracy twórczej dla Pana?

 

Najważniejsza jest satysfakcja z tego, co się robi. Ważne jest też dla mnie, żeby to co robię było oryginalne, żeby to było moje i żebym nigdzie wcześniej tego nie widział. Nie oglądam nigdzie biżuterii, ponieważ jeśli coś zobaczę, to nawet zupełnie nieświadomie mogę to skopiować, bo może mi się wydawać, że to mi się przyśniło. Więc po prostu wolę nie obserwować najnowszych trendów, zupełnie nie zaglądam do sieci, żeby sobie na nie popatrzeć – dosłownie nic nie wiem.

 

A skąd w takim razie czerpie Pan inspiracje?

 

Nauczyłem się szukać inspiracji po prostu we wszystkim. Ona wręcz leży na ulicy, między książkami, na półkach, spada z nieba, rośnie na drzewach. Inspiracja jest dla mnie prosta – mam raczej problem z czasem, by zrealizować te wszystkie pomysły. Na szczęście mam takie narzędzie, jak projektowanie 3D. W ten sposób mogę ugryźć więcej tematów, niż gdybym każdą rzecz miał wykonać ręcznie – to by mi zajmowało tygodnie, a dzięki komputerowi jestem to w stanie narysować w 1-2 dni. Inspiracja to też bardzo często u mnie jest jakiś sen. Gdy dochodzi do tego, że coś mi się przyśni, to nie mogę już myśleć o żadnej innej rzeczy, tylko najpierw muszę to rozpracować. I dopiero potem mogę przechodzić dalej, bo jeśli tego nie zrealizuję, to będzie mi się to w kółko śniło albo będzie to za mną chodziło. Wtedy zaczynam gadać ze sobą, zaczynam robić różne dziwne rzeczy, zaczynam się budzić spocony, bo się w tych snach napracuję jak cholera – no muszę taką wyśnioną rzecz po prostu zrobić.

 

A która z Pańskich prac jest dla Pana wyjątkowa?

 

Każda najnowsza. Ale tylko przez kilka dni, bo potem przestaje mi się podobać. To dlatego, że wielokrotnie zostałem okradziony z wzornictwa. Służyło ono wielu ludziom do tego, żeby się inspirować i to zazwyczaj była inspiracja bardzo dosłowna. Z racji tego, że ludzie kradli moje wzory na potęgę, przez wiele lat niczego nie pokazywałem – tworzyłem mnóstwo rzeczy o których wiedzą tylko ci, którzy je ode mnie kupili. Takich osób, które widziały całą moją gamę jest może na całym świecie trójka: moi dwaj synowie i żona. Ja generalnie robię w ukryciu, bo jestem strasznie zazdrosny o swoje pomysły. Uważam, że można ukraść komuś na przykład pieniądze – chociaż oczywiście bardzo to potępiam. Jednak jeśli ktoś mi je ukradnie, to za tydzień o tym zapomnę. Ale nie mogę znieść złodziei, którzy mi kradną moje myśli, nie mogę tego wybaczyć. Pokazywanie moich prac, zrobienie strony internetowej, to dla mnie prawdziwy akt odwagi.

 

A skoro już jesteśmy przy kliencie – kim jest idealny, wyśniony klient dla pana?

 

Miałem takiego idealnego klienta w Nowym Jorku, który zamawiał u mnie biżuterię w ten sposób: „Jacek, wysyłaj co masz, wysyłaj co chcesz, pod warunkiem, że w każdej paczce będzie chociaż jedna nowość”. I tak było, zawsze w takiej paczce były ciekawostki, nowości. To był dla mnie właśnie idealny klient. To też ktoś taki, kto przychodzi do mnie i zamawia indywidualnie dla siebie czy dla żony. Ja mu to wykonuję, a ten człowiek potem mówi, że to jest dokładnie to, czego on chciał. To jest dla mnie szczyt satysfakcji, nieważne czy na tym zarobiłem czy nie, czy się narobiłem jak wół czy nie. Zazwyczaj utrudniam sobie pracę. Na przykład przychodzi do mnie pani, mówi co chce, a ja wymyślam, kombinuję, nawet jeśli wiem, że to będzie trudne. Wiem, że pani by wolała coś w żółtym złocie, ale ja proponuję projekt dwukolorowy, chociaż wiem, że będę miał pełno roboty, lutowania, dwa odlewy do zrobienia. Ale zawsze idę po tej najtrudniejszej ścieżce, żeby ta pani na koniec powiedziała „no tak, miał pan rację, to jest idealne”. Wtedy jestem najszczęśliwszy i naprawdę mam gdzieś wszystkie pieniądze tego świata.








_

zdjęcie główne: Muzeum Historyczne Miasta Gdańska
Podoba Ci się? Podziel się!

Copywriter kawoholik. Jako antropolog i dziennikarz z wykształcenia, nie lubi oczywistych odpowiedzi i pierwszych skojarzeń, kocha za to historie z drugim dnem. Na co dzień jest człowiekiem od zadań wszelakich w poznańskiej agencji marketingowej, a w przerwach między stukaniem w klawisze, randkuje z migawką swojego Nikona. Piastunka oplątw oraz niepoprawna psia matka.