TOP

Z wizytą u Mistrzów – rozmowa z Pauliną z Rojewscy Biżuteria

Ojciec i córka. Mistrz i Mistrz. Warszawski złotniczy duet, czyli Paweł i Paulina Rojewscy kradną serca klientów projektową finezją, perfekcją detali i indywidualnym podejściem do każdego zlecenia. Kulisami swojej pracy chętnie dzielą się na instagramowym profilu pracowni. Pełne humoru rolki i relacje nienachalnie, bez zadęcia pokazują, co w praktyce oznacza motto: „biżuteria jest piękna, ale duszę ma tylko ta wykonana ręcznie”. O sile rzemiosła i sekretnej recepcie na harmonijny rodzinny biznes rozmawiałam z Mistrzem Pauliną Rojewską.

W listopadzie zdałaś egzamin mistrzowski, gratulacje! Świat rzemiosła rządzi się swoimi prawami, tu nie ma „licencjatu” i „magisterki”. Złotnicy przez lata zdobywają kolejne „stopnie wtajemniczenia”, czyli zawodowe tytuły. Czy możesz opowiedzieć trochę o Twojej drodze …do mistrzostwa? 

 

Dziękuję serdecznie! Z egzaminem mistrzowskim było tak, że wiedziałam, że go zdam. Ale liczyło się, JAK zdam. A tutaj miałam tylko jeden cel – najlepiej. I to mi się udało – ze wszystkich części uzyskałam ocenę „celującą”. Jednak przyznaję bez bicia, że to było trochę leczenie kompleksów. Wiem, co potrafię, ale chciałam pokazać sobie (i innym), że te umiejętności nie są tylko moim wyobrażeniem, że mam na to papier. Powiedzmy sobie szczerze: ja miałam łatwiejszy start niż większość osób. Wszystko, na czym pracuję, zbudował mój Tata. Nauczył mnie wszystkiego, co sam potrafi, dlatego zdecydowanie szybciej mogłam już sama szkolić się w nowych technikach. Mimo to, moja droga na początku nie była usłana różami. Słyszałam, że to co robię to fanaberia, że „wybijam się na pleckach tatusia”. Punktem honoru stało się dla mnie udowodnienie, ile moja praca jest warta. Dziś już nikt nie traktuje mnie protekcjonalnie, ale też sama przestałam się przejmować opiniami ludzi, których tak naprawdę nie dotyczy moja praca. Mistrz Łojciec kiedyś też uważał, że „na co mu papier”. Właściwie wszystkiego nauczył się sam. Przekonał go jego przyjaciel, już ś.p. Jarek Dydkowski, warszawski jubiler. Powiedział: „Paweł, co ci szkodzi, zrób to dla siebie, chcę cię nazywać Mistrzem”. Spodobało mu się to! [śmiech] Tata zdał w 2011 roku, po 18 latach pracy, ja w 2023, po 9 latach od moich początków. 

 

A jakie możliwości wejścia do zawodu mają osoby bez tradycji rodzinnych? Czy nadal w Waszej branży funkcjonuje model nauki w pracowni innego mistrza? Czy przyjmownaie praktykantów-pomocników na przyuczenie jest popularne wśród złotników z długim stażem?

 

Współcześnie nie jest wymagany żaden egzamin, tytuł, przynależność gdziekolwiek, by zostać jubilerem i z powodzeniem prowadzić w tym zakresie działalność. Mam wiele koleżanek i kolegów, którzy fachu nauczyli się z internetu. I nawet nie wiesz, jak ich podziwiam. Niestety branża złotnicza nie jest łaskawa dla początkujących osób bez zaplecza lub znajomości. Jest wiele materiału w sieci, ale zazwyczaj są to „tipy” i wskazówki wymagające znajomości podstaw, a te trzeba wykopać w książkach i wyprosić na forach. Mistrzowie nie przyjmują uczniów, bo im się to nie opłaca. Nie bądźmy dla nich surowi – system podatkowy i inne koszty wcale do tego nie zachęcają. Nie wspominając już o bardzo wysokim progu wejścia – sprzęt jest drogi, metal jest drogi, kamienie, nawet te z niższej półki, gdzieś trzeba znaleźć i kupić. 

 

Nie skłamię, jeśli powiem, że przeczytałam i obejrzałam cały Wasz Instagram. To jak dobry serial dokumentalny na Netfliksie o kulisach powstawania bajecznej biżuterii. W Waszych materiałach „making of” świetnie widać, jak skomplikowanym procesem jest tworzenie błyskotek. Jak długo trwa praca nad realizacją takich projektów jak fantazyjne wielokamienne pierścionki, które podziwiamy w wirtualnym portfolio Rojewskich?

 

Nie mogę jednoznacznie powiedzieć, ile trwa zrobienie jednego pierścionka, bo to zależy od jego stopnia skomplikowania. Bardzo rzadko robimy jedną rzecz na raz. Zwykle każde z nas ma na stanowisku ok. 3 projekty jednocześnie. Kiedy skończymy jakiś etap w jednym, zabieramy się za kolejny w drugim. Jeżeli miałabym strzelać, to taki wielokamienny pierścionek to max. 3 dni pracy, tylko nad tą jedną rzeczą. Nasi Klienci wiedzą, że termin oczekiwania w naszej pracowni to około miesiąca – jest to spowodowane tym, że mamy wiele projektów, które zostały zamówione wcześniej. 

 

Kochamy naszą pracę i życie w pracowni – to nasz drugi dom. Chęć podzielenia się tą pasją, pokazania innym, jak to wygląda „od kuchni” przychodzi nam naturalnie. Jest jeszcze jeden powód, dlaczego zależy nam, żeby na socjalach pokazywać proces tworzenia biżuterii – termin „handmade”. Z przykrością obserwuję rozmycie tego terminu, tak by można go było dopasować praktycznie do wszystkiego. Jakaś marka kupuje półfabrykaty, składa z nich biżuterię, cały proces wygląda tak, że ręcznie tylko zagina się kółeczka łączące masowo wyprodukowane elementy – biżuteria „handmade”. Firmy masowo odlewające setki, jak nie tysiące tych samych pierścionków, które poddawane są jedynie pobieżnemu opiłowaniu i wypolerowaniu – biżuteria „handmade”. Chcę pokazać, jak wygląda tradycyjne rzemiosło i jak wygląda ręczna praca. Rynek jest ogromny, miejsce jest dla każdego, ale nadużywanie pewnych terminów, w mojej opinii, działa szkodliwie i wprowadza konsumentów w błąd.

 

 

LINK

 

No właśnie – „biżuteria jest piękna, ale duszę ma tylko ta wykonana ręcznie” – to motto Waszej pracowni. Rzemieślniczy i projektowy kunszt świetnie widać na zdjęciach, pokazujących nietypowe widoki: pierścionki czy wisiory sfotografowane z tyłu, od spodu, z boku – każdy detal jest doskonały, nawet elementy, które nie są wyeksponowane dopracowujecie do perfekcji. 

 

Kiedyś nasza Klientka opowiedziała nam o swojej przyjaciółce. Kupując biurko, wyjmowała szuflady i sprawdzała ich spody, kupując ubrania – wywracała je na lewą stronę, itd. Twierdziła, że o prawdziwej jakości przedmiotu świadczy to, jak jest wykończony w miejscach, których nie widać. I my się z tym zgadzamy! Jeśli obdarowana osoba obejrzy przedmiot pod mikroskopem z każdej strony, zobaczy, że nawet najmniejszy szczegół został dopracowany możliwie jak najlepiej. Niewyobrażalnym jest dla nas powiedzieć: „tu się źle przylutowało, ale nikt nie zauważy”. Sami dla siebie jesteśmy najsurowszymi krytykami. Jeżeli zauważymy jakiś błąd, to znaczy, że trzeba go poprawić lub zrobić przedmiot na nowo. Na szczęście trafiają do nas Klienci, którzy potrafią to, co robimy docenić. Jeżeli mają jakiekolwiek wątpliwości, zawsze służymy naszą wiedzą i doświadczeniem, by te wątpliwości rozwiać. Chcemy świadczyć jak najwyższą jakość i nie tyczy się to tylko wykonania biżuterii. Chcemy, żeby każdy, kto trafi do Rojewskich, wiedział, że jest w odpowiednim miejscu, że znalazł odpowiednich ludzi. Wszystkie Klientki i Klientów znamy z imienia. Kontaktujemy się na praktycznie każdym etapie wykonywania biżuterii: od poszukiwania kamienia, po proces wykonania, aż do momentu odbioru. Na życzenie przesyłamy zdjęcia i filmy z procesu. Nie chcemy sprzedawać biżuterii, chcemy spełniać marzenia. 

 

 

O samym procesie wyrobu błyskotek (aka „spełniania marzeń”!) wiele można dowiedzieć się z Waszych publikacji na Instagramie, ale ciekawi mnie też, co dzieje się zanim zasiądziecie na stanowisku w pracowni. Jak wygląda u Was projektowanie wzorów? Musimy głośno powiedzieć: jesteście genialnymi designerami! Przypomina mi się zjawiskowy pierścionek, jaki wykonaliście z różnorodnych kamieni przyniesionych przez Klientkę. 

 

Może cię zdziwię – my rzadko „projektujemy” w dosłownym tego słowa znaczeniu. Chodzi mi o to, że raczej nie siadamy z ołówkiem i kartką lub przed programem do projektowania 3D, nie rozrysowujemy dokładnie, jak coś ma wyglądać. Klientkom i Klientom podczas spotkania staramy się opisać i przedstawić, jak sobie wyobrażamy ogólny zarys, wspomagając się bardzo prostymi szkicami. W 90% przypadków nasi Goście nie mają idealnie sprecyzowanych projektów, zazwyczaj mają pomysł, zamysł. Częściej wiedzą, czego nie chcą, niż to czego oczekują – i to jest szalenie pomocne. Eliminując elementy niepożądane, łatwiej jest nam przedstawić koncepcję, która będzie „właśnie tym”. Za kulisami wygląda to tak, że bierzemy kamień w rękę, w głowie widzimy, jak by wyglądał w oprawie i jaka oprawa najlepiej się sprawdzi. I robimy! Bardzo lubimy projekty, w których mamy wolną rękę. Takie zaufanie niesamowicie nas łechta. Największą przyjemność i satysfakcję czerpiemy z pracy nad skomplikowanymi konstrukcjami, np. biżuterii z dużym centralnym kamieniem naturalnym i dużą liczbą diamentów oraz innych kamieni szlachetnych wokół. Właśnie – mamy jeszcze jedno motto: „diamentów może być tylko za mało”!

 

A jak rozwój technologii wpływa na Wasz zawód? Kiedyś mówiło się, że maszyny nigdy nie zastąpią kreatywnej pracy człowieka. Tymczasem sztuczna inteligencja rośnie w siłę i okazuje się, że potrafi wpaść na lepsze pomysły niż ludzie. Czy high-tech zagraża randze rzemiosła i ręcznej pracy złotniczej?

 

Z tego, co zaobserwowałam, to rozwój high-tech właśnie spowodował, że ludzie zaczęli bardziej doceniać tradycyjne rzemiosło i ręcznie wykonywane przedmioty. Prawdopodobnie dlatego też określenie „handmade” tak trenduje i, jednocześnie, jest nadużywane – przynajmniej w mojej opinii. Współcześnie posiadanie czegoś vintage lub wykonanego rzemieślniczo jest oznaką prestiżu. Prawdopodobnie dlatego, że w czasach kiedy wszystkiego jest bardzo dużo, istnieje powszechność i powtarzalność, większość rzeczy jest dostępnych na kliknięcie myszką lub wciśnięcie „kup teraz”, przedmioty rzemieślnicze są traktowane jako środek do podkreślenia indywidualności. Rozwój technologii wspomaga też masową produkcję, bo staje się zwyczajnie tańsza. Widzę, że naprawdę wiele osób stara się podejmować bardziej świadome konsumpcyjne decyzje – odchodzi powoli od fast fashion, jakość przekłada nad ilość. Oczywiście technologia wiele ułatwia, nawet w takich małych zakładach jak nasz. Korzystamy z bardzo zaawansowanych technologicznie mikroskopów, np. do zakuwania kamieni. Przymierzamy się też do zakupu spawarki laserowej, by móc tworzyć bardziej skomplikowane konstrukcje w biżuterii. 

 

 

Jestem ciekawa organizacji i rytmu pracy Waszej pracowni. Jak dzielicie się zadaniami? Czy macie swoje „specjalności” jeśli chodzi o rodzaj zleceń? Czy Rojewscy to wyłącznie rodzinna firma czy zatrudniacie też pracowników?

 

Jesteśmy 100% rodzinną firmą. W pracowni jesteśmy tylko we dwoje – Mistrz Paweł i ja, Mistrz Paulina. Podział zadań wykształtował się naturalnie. Ja robię praktycznie wszystkie naprawy, zamówienia, które są z tych mniej skomplikowanych – jednokamieniowe pierścionki, obrączki. Jeśli trafia się jakieś super skomplikowane zlecenia, to często przejmuje je Miszcz Łojciec – nie dlatego, że nie ufa moim umiejętnościom, po prostu szalenie lubi te złożone konstrukcje, wymyślanie nowych opraw, siedzenie nad jednym szczegółem pół dnia – nie mam serca odbierać mu tej przyjemności! Jest jeszcze jeden, bardziej prozaiczny powód takiego podziału. Miszcz Paweł ma inny tryb: potrafi pracować nad jedną rzeczą parę dni. W momencie, kiedy mamy dużo innych zamówień, ja robię resztę rzeczy, żeby dotrzymać terminów. Ja ogarniam nasz kalendarz, prowadzę socjale, odbieram i odpisuję na maile oraz wiadomości od Klientów, wiem, jaki projekt na kiedy trzeba zrobić i pilnuję terminów, żeby wszystko było gotowe na czas. Miszcz Łojciec codziennie jest w Urzędzie Probierczym, robi zakupy w hurtowniach, płaci nasze rachunki i zobowiązania. Jesteśmy jak dobrze działająca maszyna! Za kulisami często pojawia się też Marta, moja młodsza siostra. Jej pomoc jest nieoceniona. Czasem dzwoni ktoś z firmy, która proponuje jakieś akcje marketingowe albo zaprasza na targi. Mówimy, że odezwiemy się z decyzją, bo musimy zapytać „Szefową” [śmiech]. Dzięki Marcie mamy nową witrynę i wystrój sklepu, ona zrobiła projekty wszystkiego, założyła i prowadziła nasz Instagram i Facebook, zaprojektowała torebki i pudełka, katalogi, ona umawia sesje produktowe. A trzeba dodać, że sama pracuje na dwa etaty – jako programista i Mama dwójki małych ludzi. W związku z tym od dwóch lat te zadania częściej ceduje na nas, ale wciąż co jakiś czas dostaję wiadomości w stylu: „Paula, wrzuć jakieś stories, Instagram umiera”. Muszę jeszcze wspomnieć o czwartym, niezwykle ważnym ogniwie – mojej Mamie. Jest najbardziej wspierającym i ciepłym człowiekiem, jakiego znam. Bez niej byśmy już dawno zginęli i nie ruszyli do przodu. Jest naszym mózgiem i rozumem, w momentach kiedy z Tatą troszkę się zagalopujemy w naszych „planach”. 

 

ul. Oleandrów 5, Warszawa

 

Mówisz pieszczotliwie „Miszcz Łojciec”. Podobno, kiedy Panu Pawłowi brakuje projektowej weny, Paulina sypie pomysłami jak z rękawa. Kiedy Paulina walczy z warsztatowym wyzwaniem, Miszcz Łojciec cierpliwie pomaga i tłumaczy. Do tego operacyjne zaangażowanie Marty i wsparcie Mamy. Słowem: dream team! Przekornie zapytam: czy praca w rodzinnej firmie wygląda różowo jak turmalin czy ma też swoje cienie..?

 

To pytanie zadają nam nawet nasi Klienci! Chyba jesteśmy tym wyjątkiem od tej reguły, że „z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach”. Przede wszystkim, poza tym, że mamy tę oczywistą relację Ojciec – Córka, to my się z Tatą zwyczajnie przyjaźnimy. Mogę to powiedzieć głośno i z całą pewnością: mój Tata jest moim najlepszym przyjacielem. W dodatku (podobno) jesteśmy tacy sami – to byłby problem, gdybyśmy mieli tzw. „ciężkie charaktery”, ale my jesteśmy raczej z tych pogodnych i “easy-going”. A nader wszystko jesteśmy wyznawcami humanistycznego hedonizmu [śmiech]! Często chodzimy na kawki i czasem ciasteczko (czasem, bo wiecznie ograniczany cukier), przynajmniej raz w miesiącu zamawiamy sobie sushi z ulubionej suszarni, razem wybieramy tytuły audiobooków, których będziemy słuchać podczas pracy. Kiedy przynoszę sobie lunch do pracy, zawsze dbam o to, żeby były to dwie porcje – nawet, jak słyszę od Taty „mi nie przynoś”, to kończy się na tym, że zagląda mi do talerza: „co tam masz? Daj sprawdzić, czy nie za słone”. Razem też podejmujemy praktycznie wszystkie decyzje dotyczące naszej pracowni. Co tu dużo mówić, nasze rodzinne i pracowe życie ma nie tylko odcień różowego turmalinu, ale różowego diamentu, szafiru i morganitu. Jest po prostu super! 

 

Moje ostatnie pytanie zainspirowały urocze „Cukierki”. To minimalistyczne złote pierścionki z kolorowymi kamieniami, które powstały jako osobisty projekt – wykonałaś je sama dla siebie. To chyba marzenie każdej sroki – móc samodzielnie stworzyć wymarzoną biżuterię. Chciałabym Cię poprosić, żebyś puściła wodze fantazji i zdradziła, jaką biżuterię zaprojektowałabyś i wykonała dla siebie, gdybyś nie miała żadnych ograniczeń (materiałowych, czasowych).

 

Od znajomych na imprezach nasłuchałam się „O! Nic nie masz. Szewc bez butów chodzi”. I mnie tknęło – przecież ja uwielbiam biżuterię, uwielbiam kamienie szlachetne (miłość największa), też chcę mieć coś swojego. I tak powstał pierwszy Cukierek z ciemno różowym turmalinem, w szlifie kaboszon. Malutki kamień, w żółtym złocie. Najlepsze jest to, że sprzedał się prosto z mojego palca. Weszła Klientka, spojrzała na niego i zapytała, czy to też nasza produkcja. Kiedy dowiedziała się, że owszem, poprosiła czy może przymierzyć. Już został na jej palcu. Jeżeli chodzi o wymarzoną biżuterię, to już taką posiadam! Wierzę, że biżuteria to nie tylko ozdoba czy inwestycja. To też przedmiot, który niesie ze sobą intencję i może być nośnikiem uczuć, sentymentu. Ja mam dwa takie przedmioty: pierwszy to zawieszka w kształcie kuli ziemskiej wykonana z żółtego złota 18k z niebieską emalią – dostałam ją od rodziców w dniu, kiedy świętowaliśmy zdanie przeze mnie egzaminu czeladniczego. Wręczyli mi ją ze słowami „to jest świat u twoich stóp”. Bardzo mnie to wzrusza do tej pory. Drugim przedmiotem jest mój pierścionek zaręczynowy od mojego ukochanego mężczyzny – w tej chwili narzeczonego. Wykonał go mój drugi ukochany mężczyzna – mój Tata. How cool is that! No ale – żeby nie było, że ja tak tylko sentymentem lecę – gdybym miała nieograniczone zasoby, to wykonałabym coś z kamieniami, które są moimi marzeniami: turmalin Paraiba (w kolorze neon blue, czystości minimum VVS, wydobyty w Brazylii, nie Mozambiku), szafir Padparadża (ten jest już akurat w moim posiadaniu) i natural fancy pink intense lub vivid diamond, czyli w skrócie z bardzo różowym, naturalnym diamentem. To wszystko byłoby w otoczeniu baaaardzo dużej liczby mniejszych, białych diamentów najwyższej klasy, całość oprawiona w złocie. Najbardziej lubię pierścionki i kolczyki, więc byłoby to prawdopodobnie to.

 

rojewscybizuteria.pl
Podoba Ci się? Podziel się!

Woli pisać o innych niż o sobie. Bardziej niż pisać, lubi słuchać i obserwować. Zresztą, jak twierdzi, bez drugiego i trzeciego nie ma pierwszego. Zawodowo – nadworne pióro (klawiatura) poznańskiego Starego Browaru i współszefowa papierniczej marki Suska & Kabsch. Po godzinach: leń kanapowy, mól książkowy, amatorka dobrego jedzenia (gotowania niekoniecznie). Wino ocenia po etykiecie, książki po okładce, ludzi po butach. Zwykle się sprawdza.