TOP

Mówiąc językiem koloru

Można zapytać 10 osób o to, z czym kojarzy im się biżuteria Sławy Tchórzewskiej i każda z nich odpowie zupełnie inaczej. Zwariowane kształty i niezwykle bogate podejście do koloru to znak rozpoznawczy artystki. I chociaż Sława Tchórzewska od diamentów woli bursztyn lub… kawałki gumowej piłki, to jej biżuteria zachwyca jury na międzynarodowych konkursach. Oto rozmowa o tym jak tworzyć luksusową biżuterię z rzeczy, które z luksusem się nie kojarzą.

O swojej biżuterii mówi Pani „niszowa” – to znaczy jaka?

Biżuteria, która nazywana jest autorską lub unikatową, nie oddaje w pełni tego, co ja robię. Materiały, które wykorzystuję są totalnie z różnych bajek, nietypowych źródeł, a efekt jest zupełnie inny od tego, do czego większość ludzi jest przyzwyczajona – moje prace często nie przystają do ich percepcji na temat biżuterii. Bardzo lubię przetwarzać różne formy, które znajduję np. na spacerach z psem i za pomocą bursztynów, tkanin czy innych materii nadawać nowe życie rzeczom, które ktoś chciał wyrzucić. W większości z tych elementów ludzie nie są w stanie już rozpoznać pierwowzoru. Jest to tak wycięte i zmienione, że muszę im wytłumaczyć co mają przed sobą i wtedy jest zaskoczenie: „O kurczę! Naprawdę? Takie rzeczy tu są?”. Nie stosuję niczego wprost – wykorzystuję fragmenty, wycinki, a na końcu moja praca już nie wygląda jak elementy psiej piłki, tylko jak elegancki pierścionek. 

 

No właśnie – w Pani pracach spotkać można koraliki, tkaniny, pióra czy pompony – czemu sięga Pani po takie materiały? A gdzie kamienie i metale szlachetne?

Kiedyś ich używałam, ale przestało mnie to kręcić. To nie tak, że zamykam się na jakieś konkretne materiały, ale akurat jest taki moment w moim życiu i twórczości, że wolę odkrywać zupełnie nowe obszary poza tymi czysto złotniczymi. Dużo szyję i wykorzystuję tkaniny z moimi autorskimi grafikami, bo także maluję i rysuję. Nie ograniczam się w ogóle w kwestii materiału, nie mam żadnych założeń – coś musi mi się po prostu spodobać, sięgam po to, co wydaje mi się ciekawe. Korzystam z mixed media: rozpracowałam bardzo dużo technik, dzięki czemu wiem co można ze sobą połączyć w zupełnie zaskakujący sposób, tak, że wygląda to zupełnie inaczej.  To może też być na przykład bursztyn, który bardzo lubię za to, że jest elastyczny w obróbce, ma piękne właściwości kolorystyczne, jest ciepły i pięknie pachnie. Dla mnie jest idealny, bo świetnie sprawdza się w moich pełnych barw obiektach. Większość prac, które się widzi z bursztynem w ogóle nie ma koloru, ograniczają się do dwóch trzech tonów i to wszystko. A u mnie może być po prostu cała tęcza i to idealnie zagra. Właśnie ostatnio jedna z moich brosz z bursztynem trafiła do galerii, wcześniej dostała wyróżnienie na Mercurius Gedanensis w Gdańsku. Już kilka muzeów zakupiło moje prace i zawsze jest to dla mnie bardzo motywujące, że moja wizja jest doceniana.

 

A jaki był najdziwniejszy materiał, który znalazł się w Pani biżuterii?

Dla mnie nie ma dziwnych materii. Rurki termokurczliwe, rura od odkurzacza – wykorzystuję wszystko. Dużo rzeczy po prostu znajduję lub kupuję w najróżniejszych sklepach nie związanych ze światem biżuterii, wykonuję też różne formy upcyclingowe. Dla mnie to jest bardzo fajne, że mogę tak zapętlić różne techniki i dodać do nich efekty specjalne, że z niczego mogę zrobić coś luksusowego, co stanie się couture jewellery dla np. diwy w operze. Ostatnio sięgnęłam po materiały do produkcji szybowców i z tego powstały nowe prace, które prezentowałam np. na Joya Barcelona i Milano Jewelry Week. Mimo wielkości były bardzo lekkie, bo zależało mi, żeby były też przyjemne w użytkowaniu, wygodnie się nosiły i dobrze układały na sylwetce.

fot. Sława Tchórzewska

Czyli mimo tych artystycznych form, to jest nadal biżuteria z jej funkcją użytkową, a nie coś bliżej rzeźby?

Jak najbardziej. Balansuję na krawędzi z realnym światem i baśniowo-surrealistycznym i to mi bardzo odpowiada. Nie widzę żadnej granicy w tym, że mogę założyć daną rzecz do sklepu na zakupy czy na wielkie wyjścia. Moje prace przekraczają granice stereotypowego myślenia na temat biżuterii, zwłaszcza w Polsce. Staram się w swoich pracach wymykać wszelkim szufladkom, a moje granice leżą gdzie indziej niż przeciętnego Kowalskiego. To jest właśnie w tym wszystkim fajne, by pokazywać, że biżuteria użytkowa może wyglądać zupełnie inaczej. Moje prace wyróżniają się przede wszystkim tym, że są to formy unikatowe. Każda rzecz to  jedna jedyna taka praca wykonana na całym świecie i nigdzie indziej się jej nie zobaczy. 

 

Skąd zatem czerpie Pani inspiracje? Bo dziś niełatwo zrobić coś, czego nie ma nigdzie indziej, coś byłoby niepowtarzalne.

To jest bardzo trudne! Mnie strasznie kręci robienie czegoś, co nie istnieje i czego nigdzie nie widziałam. Sięgam do mojej wyobraźni – nie inspiruje mnie konkretne źródło, nie polegam na tym, że muszę coś konkretnego zobaczyć. Potrzebuję tylko przestrzeni w głowie, ewentualnie posłuchania dobrej muzyki i to wszystko. Kieruję się wyłącznie intuicją, wyobraźnią i doświadczeniem. Zaczęłam poszukiwania już kilkanaście lat temu i wciąż coraz bardziej konsekwentnie idę tą drogą swojej krainy zwanej Niszolandią. Coraz bardziej czuję to, jak swoje wyobrażenia zamienić na coś realnego.

 

Jak wygląda u Pani proces projektowy? Zaczyna Pani od kartki papieru czy od razu przechodzi do działania?

Zazwyczaj robię biżuterię na zamówienie, ale nigdy nie robię wcześniej żadnych szkiców – działam głównie instynktownie. Ustalam jedynie z klientem mniej więcej co to ma być, jaki kolor, jaka wielkość. Moi klienci mi ufają, a efekt końcowy będzie wynikiem mojego doświadczenia tego, co klient wcześniej ze mną ustalił. W swojej pracy jestem spontaniczna. Najczęściej zaczynam od szycia, bardzo lubię też sięgać po mixed media: łączę różne materiały, techniki, formy artystyczne. Mam już na tyle jakieś swoje wyczucie, że po prostu idę na żywioł i zmierzam do tego, co miałam gdzieś z tyłu głowy. Tego się nie da wytłumaczyć, ja to po prostu czuję. Moje prace są pełne dynamiki, a im bardziej odjazdowe, tym bardziej się podobają. Zawsze też powtarzam, że kolor cudnie potrafi podkreślić urodę, wydobyć piękno tęczówki w oczach, rysów twarzy. Kiedy odpowiednio dobierze się kolory, wtedy naprawdę dzieje się magia. Jestem kolorystą, więc jest to bardzo ważne w moich pracach. Tworząc operuję całą paletą kolorów – dla mnie nie istnieje sześć czy osiem tonów, tylko cała masa. Oczywiście mogę też sprawdzić się w monochromach, to nie ma tak naprawdę znaczenia, bo najważniejsze jest to, by idealnie podobierać tony do siebie i do noszącego i ubrać to w biżuteryjną formę. Kolor to radość, energia. To wszystko musi współgrać, a to wszystko wymaga wielu lat pracy, eksperymentów i dążenia do osiągnięcia swojej artystycznej drogi. 

 

Kim są w takim razie Pani klienci?

To na pewno ludzie otwarci, szukający czegoś oryginalnego, co nie jest promowane przez popularne media i czego nie ma na wyciągnięcie ręki. Jeśli taka właśnie osoba mnie znajdzie, to zaczyna się dla niej otwierać nowy świat, w którym odkrywa zupełnie nowe obszary w biżuterii. Poza tą otwartością moi klienci są bardzo różni, ale myślę, że działa tu jakaś forma przyciągania do tego, co mi się podoba, co ja lubię. Jeśli ktoś do mnie trafi, to wie jaki typ biżuterii tworzę, widzi moje poprzednie prace i jest świadomy mojej estetyki. Trafiam do ludzi oryginalnych, którzy chcą wyrazić swoją osobowość, a moja biżuteria świetnie się sprawdza w tej roli. Jest genialna na wielkie wyjścia, specjalne okazje, na scenę lub na ważne spotkanie, a może randkę…

 

Tworzy Pani tylko dla kobiet?

Nie, mężczyźni też sięgają po moje bransolety czy brosze i wcale nie jest to niemęskie. Ostatnio bardzo często robię strzeliste brosze i wiele z nich jest unisex. Na przykład w tym roku jeden pan do bardzo eleganckiego garnituru miał przypiętą moją broszę i wyglądał w tym zestawie jak milion dolarów.

 

autorka prac: Sława Tchórzewska

Poza pierścionkami czy naszyjnikami tworzy Pani mniej typowe formy jak fascynatory czy kotyliony. Jaki jest najbardziej zwariowany projekt jaki Pani wykonała?

Każda moja praca jest trochę zwariowana. Nuta szaleństwa jest wpisana w to, co ja robię. Oczywiście jest to szaleństwo w pozytywnym sensie, kontrolowane na tyle, że ta forma musi być jak najbardziej wygodna w użytkowaniu. Miałam już bardzo różne realizacje, dalekie od świata biżuterii: były pasy, torebki i właśnie te wspomniane fascynatory, które bardzo lubię, bo wymykają konkretnemu spojrzeniu na akcesoria modowe. Mogą być potraktowane dosłownie, mogą być przypinką na torbie, na szalu czy na kapeluszu. Chodzi wyłącznie o otwartość i wyobraźnię osoby, która będzie to potem nosiła. 

 

Co jako dla twórcy biżuterii jest dla Pani największym wyzwaniem?

Aby iść konsekwentnie dalej i otwierać przestrzenie w głowach, pokazywać ludziom, że można zupełnie inaczej robić designerską biżuterię. Można powiedzieć, że mam też taką prywatną misję, by edukować na temat bursztynu bałtyckiego, bo bardzo mi zależy na jego promowaniu. Biżuteria z nim nie musi być taka jak większość ludzi jest przyzwyczajona. Właśnie to jest wyzwaniem: by w naszym specyficznym kraju poszerzać horyzonty. Nasze społeczeństwo często jest dość zamknięte, zdarza się, że słyszę „ach, jakie to ładne, ale gdzie ja w tym pójdę?”. W Polsce też jest mocno zakorzenione to, że biżuteria dobra i ekskluzywna musi mieć metale szlachetne i kamienie. A w biżuterii współczesnej nie ma to tak naprawdę żadnego znaczenia – tu chodzi o pomysł, autorskie patenty i realizację – to jest serce wszystkiego. W końcu każdy z nas jest inny i ma własną osobowość, którą chce definiować. Wiem, że poprzez moją biżuterię można pokazać, że patrzy się na świat otwartymi oczami, że bardzo pięknie można emanować swoją wrażliwością. To nie tylko kwestia estetyki, bo stoi też za tym opowieść. Ludzie bardzo lubią interpretować moje prace na różne sposoby, a ja zawsze zostawiam w biżuterii otwartą furtkę i nic narzucam od góry. Bardzo lubię zostawiać niedomówienie w moich pracach, by człowiek zatrzymał się i pomyślał, chociażby jak to jest zrobione. Biżuterię z sieciówki się po prostu kupuje, zakłada, jest chwila radości i już. A nad moją biżuterią można pomyśleć i zdecydowanie poczuć się absolutnie wyjątkowo.

 

Co z kolei jest dla Pani największą satysfakcją?

To, że biżuteria, którą zrobię dla konkretnej osoby po prostu ją uszczęśliwi, że zrobię coś wyłącznie dla niej. Dla mnie to ogromna frajda, że moja praca jest wpisana w człowieka, że pasuje idealnie do danej osobowości. Bardzo mi jest też miło, kiedy robię kolejną pracę i spotykam się z klientem, który przychodzi z pudełeczkiem w którym są wcześniejsze moje prace i pokazuje mi z ogromnym namaszczeniem to, co już ma i to jest wspaniałe kiedy się widzi, że ludzie cieszą się z moich prac i traktują je jak skarby.

 

fot. Sława Tchórzewska

fot. Sława Tchórzewska

fot. Sława Tchórzewska

fot. Sława Tchórzewska

fot. Sława Tchórzewska

Podoba Ci się? Podziel się!

Copywriter kawoholik. Jako antropolog i dziennikarz z wykształcenia, nie lubi oczywistych odpowiedzi i pierwszych skojarzeń, kocha za to historie z drugim dnem. Na co dzień jest człowiekiem od zadań wszelakich w poznańskiej agencji marketingowej, a w przerwach między stukaniem w klawisze, randkuje z migawką swojego Nikona. Piastunka oplątw oraz niepoprawna psia matka.