TOP

Chart: 40 lat rzemieślniczego kunsztu

Na rynku są już 40 lat i jak sami podkreślają, z roku na rok robią coraz piękniejsze rzeczy. Pracownia „Chart” to rodzinny biznes, ulokowany w samym centrum Poznania, w sercu starówki, nieopodal ratusza. Z okazji okrągłych urodzin, Hubert Wit Włodawiec, współwłaściciel „Charta”, opowiedział nam o miłości do rzemiosła przekazywanej z pokolenia na pokolenie, obalił mity o szafirach i wyjaśnił czym są grandle. 

 

Nazwa „Chart” niekoniecznie kojarzy się z biżuterią. Skąd się ona wzięła?

 

Odpowiedź jest bardzo prosta: mój tata, który założył firmę, zakochał się w chartach polskich.  Pewnego dnia wrócił do domu i zastał zakupioną przez mamę charcicę, na początku oponował, ale kiedy spojrzał w jej sarnie oczy po prostu przepadł. A że jednym z naszych nurtów jest biżuteria łowiecka, to ta nazwa pięknie wpisała się w to, co robimy. 

 

Biżuteria łowiecka jest dość rzadko spotykana. Co się kryje pod tą nazwą?

 

Biżuteria myśliwska to najstarsza, najbardziej pierwotna biżuteria, która powstała, kiedy pierwszy myśliwy przewiercił kieł upolowanego zwierza i zawiesił go sobie na szyi. Od tego czasu minęły tysiące lat, a ozdoby myśliwskie zmieniły się w małe dzieła sztuki.  Dziś, najczęściej są to wyroby ze srebra, rzadziej ze złota, których głównym motywem są liście dębowe oraz żołędzie. Do tego dochodzi trofeistyka, a więc np.  grandle, czyli szczątkowe kły jeleniowatych, które są tak opracowane, że często są mylone z bursztynem. Poza tym sięgamy po strugi bobra, które mają piękny, intensywnie pomarańczowy kolor. Używamy też chociażby szabli dzika – łączymy to też z hebanem, bo czerń pięknie kontrastuje z ich kolorem oraz emalią. Odwzorowujemy naturalne kolory liści jesienią, łącznie z żyłkami, które później zmieniają kolor. To jest dość żmudna praca i to najczęściej właśnie myśliwi zamawiają takie przedmioty, by oprawić swoje trofea. Jakiś czas temu robiliśmy np. krawat z kłami niedźwiedzia. To był skórzany rzemień, tak zwane bolo, kojarzący się mocno z Teksasem. Jego głównym elementem były wspomniane dwa niedźwiedzie kły.

 

A poza biżuterią łowiecką, co jest Waszą specjalnością? 

 

Jest to szeroko pojęta biżuteria klasyczna. Wykonujemy biżuterię na poziomie dawnych mistrzów, czyli robimy to, czego już innym się nie chce. Oprawiamy kamienie w bardzo wymyślne szatony, czasem podwójne, czasem królewskie czy sięgamy po misterne piłowanki, kunsztowne zdobienia grawerskie – rzemiosło to coś, co nas wyróżnia. Naszą mocną stroną jest także to, że mamy świetnie opanowaną platynę. Jest to najszlachetniejszy z metali, ponieważ jest całkowicie odporna chemicznie i nie rozpuszcza się właściwie w niczym. Jest też trudna w obróbce – ma bardzo wysoką temperaturę topnienia, a jej polerowanie trwa dwa razy tyle, co polerowanie złota. Ze względu na to, że jest w wysokiej próbie, bo ma aż 95% czystości, to jest też bardziej miękka niż złoto, więc najmniejsze potknięcie zazwyczaj oznacza, że trzeba całą pracę zacząć od nowa. Platyna nie wybacza błędów, ale my z niej jesteśmy w stanie zrobić wszystko: pierścionki, kolczyki, oczywiście wszystko wysadzane kamieniami: rubinami, szafirami. Mamy takie motto, że nie robimy błyskotek tylko spełniamy marzenia. 

 

To znaczy?

 

To znaczy, że wykonamy biżuterię idealnie dopasowaną do osoby. Jeśli nigdzie nie ma tego, co ktoś sobie wymarzył, to my to zrobimy. Nieważne co to jest. Nie tak dawno robiliśmy opaskę z kokardą na włosy z białego złota – było w niej dokładnie 96 brylantów. To wszystko było robione ręcznie, a całość trwała miesiąc. Ale dzięki temu klient dostał coś absolutnie wyjątkowego. 
zdjęcie: archiwum firmy Chart

 

Jak zatem wygląda wasz proces projektowy – to zawsze jest pomysł klienta?

 

Najczęściej wygląda to tak, że przychodzi do nas klient ze swoim wyobrażeniem i my to wyobrażenie przekuwamy na język realiów, bo nie zawsze ten pierwotny pomysł jest wykonalny. W dużej mierze bazujemy na naszej kolekcji przy ustalaniu szczegółów, bo np. klientowi podoba się jeden element z jednego pierścionka, z drugiego kolejny, a coś innego z kolczyków. My staramy się to wszystko złożyć w spójną całość. Mamy też nasze autorskie projekty – są to inspiracje rzeczami z dawnych epok. Przeglądamy namiętnie szwajcarskie katalogi aukcyjne, które są dla nas nieprzebranym źródłem inspiracji. Dawni mistrzowie, tacy jak Lalique czy anonimowi rzemieślnicy, również są dla nas źródłem natchnienia. Podziwiamy ich przede wszystkim za kunszt, poświęcenie niezliczonych godzin na dopracowanie najmniejszych detali. U nich nie było miejsca na niedoróbki, na to, by coś odbiegało od kompozycji – to były przedmioty pełne harmonii.

 

Czy takie tłumaczenie marzeń na realia jest łatwe? Jakie są Państwa największe bolączki?

 

Robienie rzeczy na zamówienie to spore wyzwanie, bo każdego klienta trzeba poznać, każdy ma inny gust. Często zdarza się, że klienci używają nomenklatury, która kompletnie nie ma sensu i potem próbujemy dojść o co właściwie im chodzi i co mają na myśli. Kiedy klientka mówi, że chciałaby takie kółko z takim czymś o tutaj, to czasem trudno na początku się w tym połapać, więc musimy zorganizować dochodzenie. Oczywiście im lepiej znamy klienta, tym lepiej potrafimy to rozszyfrować i trafić w jego gust. Mamy na szczęście już wielu takich klientów, którzy kilka razy do roku zamawiają u nas biżuterię czy to na urodziny czy rocznice – takie powroty są bardzo przyjemne i bardzo nas cieszą.

 

A Pana ulubione zamówienia?

 

Moim ulubionym tematem są stanowczo pierścionki zaręczynowe. Kibicuję każdemu z tych panów, którzy do nas przychodzą, bo chcą usłyszeć „tak”. Zawsze robimy wszystko, by ten pierścionek był tak piękny, by jedyną reakcją na jego widok były okrzyki radości i przyspieszone bicie serca. Wiemy, że wszystko poszło zgodnie z planem, kiedy zadowolony klient wraca, tym razem z narzeczoną, by wybrać obrączki. I tak jest zazwyczaj – jestem w Charcie już osiem lat i przez ten czas tylko dwa razy zdarzyły się odrzucone zaręczyny. A panowie przychodzą do nas tak rozmaitymi projektami, że trudno wręcz to sobie wyobrazić. 

 

Poza spełnianiem marzeń, co jeszcze oferujecie klientom?

 

Przeprowadzamy także renowację biżuterii. Jakiś czas temu mieliśmy pierścionek diamentowy z brylantami: bardzo zniszczony, przetarty, oprawki kamieni już ledwie się trzymały – to była odbudowa tak szeroka, że właściwie to zrobiliśmy ten pierścionek niemal od nowa. Parę elementów nośnych zostało z oryginału, a reszta była odtwarzana, by efekt końcowy kropka w kropkę wyglądał jak pierwowzór. W ten sposób 100-letni pierścionek prezentował się jak nowy. 

 

To skomplikowane?

 

Zależy to od skali zniszczeń, bo w niektórych przypadkach wystarczy wymienić szynę, czyli obrączkę i podlutować jedną z łapek trzymających kamień i na tym się kończy. Czasem jednak to jest gruntowna odbudowa. W przypadku tego stuletniego pierścionka, był to przynajmniej tydzień pracy, żeby efekt był zadowalający. Trwało to dłużej, niż zwyczajne zrobienie pierścionka zupełnie od nowa, bo musieliśmy się starać, by odtworzyć go zgodnie z pierwowzorem.

 

Zajmują się Państwo też rękodziełem – na stronie można między innymi podziwiać ozdobne kieliszki czy srebrny okręt. Czy tworzenie takich przedmiotów jest trudniejsze niż praca nad biżuterią?

 

Według mnie niemożliwe jest wskazanie, co jest trudniejsze. Jest to na pewno inna praca i wśród naszych pracowników są tacy, którzy mają po prostu dryg do rękodzieła – jeden z nich jest nawet specjalistą w tworzeniu całych scenek ze srebra. Jeśli idzie o tę stronę naszej działalności, to na przykład wykonany przez nas kielich Świętego Huberta można zobaczyć w Muzeum Watykańskim. Łączy się z nim zresztą taka ciekawa historia rodzinna, jako że powstał w czasach poprzedniego ustroju i ówczesna władza nie chciała, by taki kielich z Polski trafił do Watykanu. Postanowiono wprowadzić wzmożoną kontrolę na granicy – miało to nastąpić o 6 rano, a mój tata zjawił się tam jeszcze nocą i udało mu się jeszcze bez większego problemu przewieźć kielich. Można więc powiedzieć, że sam przemycił go autem z Poznania do Włoch.


zdjęcie: archiwum firmy Chart

 

Skoro już przenieśliśmy się do dawnych lat, to jak to się właściwie zaczęło?

 

Firmę założył mój tata i to dzięki niemu powstał Chart. Ta historia zaczęła się właściwie, gdy miał zaledwie kilka lat i odkrył w sobie zamiłowanie do kamieni. Oczywiście wtedy to były otoczaki czy zwykłe krzemienie znalezione nad Wartą. Jednak jego fascynacja była tak wielka, że moi dziadkowie pozwolili tacie założyć swój mały warsztat w komórce pod schodami i tak zaczęła się jego miłość do kamieni, a za nią poszło złotnictwo i firma. sześć lat temu ja przejąłem firmę, podobnie zresztą jak i zauroczenie kamieniami.

 

A jakie są plany na przyszłość? Tradycja i rzemiosło czy może planuje Pan rewolucję?

 

Stanowczo chcę stawiać na rzemiosło, bo ono zwyczajnie ginie. Jest coraz mniej rzemieślników, którzy potrafią osiągać efekty takie jak my, co oczywiście jest dla nas dobre, ale tym bardziej chcemy jak najdłużej propagować te mniej popularne, trudniejsze techniki. Za ręczną pracą, która ma znacznie więcej etapów niż obróbka odlewów, idzie też jakość. Ten materiał jest bardziej ubity, wytrzymalszy, bardziej dopieszczony w najmniejszych detalach. Kiedy coś jest odlewane w całości, to nie w każde miejsce da się dojść i je dopolerować, ale jeżeli przedmiot składamy z elementów tak jak w „Charcie”, to każdy wcześniej można bardzo dokładnie wykończyć. To jest różnica jakościowa, której mimo postępu technologicznego, nie da się przeskoczyć. I nasi klienci to doceniają, czego dowodem są ich szerokie uśmiechy. Ludziom się naprawdę skrzą oczy, kiedy odbierają swoje zamówienia i to daje ogromną satysfakcję i motywację do pracy.

 

Co jeszcze Pana motywuje? Jakie są ostatnie sukcesy „Charta”?

 

Cały czas się rozwijamy i robimy rzeczy znacznie piękniejsze, niż trzydzieści lat temu – to dążenie do doskonałości i fakt, że nie idziemy na skróty, to powód do dumy. W tej chwili mogę się też pochwalić, że wydałem pierwszy w historii firmy katalog. Nie jest to jednak typowy katalog sprzedażowy, bo stworzyłem go trochę też edukacyjnie: są tam różne informacje, ciekawostki, np. jak nazywają się poszczególnie części biżuterii. W ten sposób stawiamy też na edukację naszych klientów. Nie mieliśmy do tej pory katalogu, bo też nie tworzymy kolekcji na wiosnę, lato, jesień i zimę jak ogromne sieciówki. To jest masowa produkcja, a my działamy ręcznie, więc mamy kolekcję stałą. To nie oznacza jednak, że wciąż mamy to samo, bo jeśli coś sprzedamy, to w to miejsce powstaje coś zupełnie nowego. W ten sposób nasi klienci zawsze mogą znaleźć coś, co ich zaskoczy. Nie ma miesiąca, żeby nie powstało kilka nowych projektów. 

 

Wróćmy do Pańskiej miłości do kamieni – z wykształcenia jest Pan gemmologiem. Czy to oznacza, że w „Charcie” znajdziemy jakieś wyjątkowe okazy?

 

Ja, podobnie jak mój tata, przepadam za kamieniami, bo kiedy się je bada, to w środku jest zamknięty cały wszechświat – to jest przepiękne i fascynujące. Stąd też wynika fakt, że mamy bardzo rzadko spotykany wybór kamieni. Bazujemy nie tylko na tych popularnych, jak szafiry, rubiny, szmaragdy czy diamenty, ale mamy też inne, bardzo ciekawe okazy. Można u nas znaleźć kilka odmian turmalinów, np. dwubarwne arbuzowe czy przepiękne, głęboko zielone verdelity. Mamy też australijskie szafiry, które dzięki żółtym przebarwieniom mają w sobie specyficzną wesołą iskierkę. Poza tym mamy szafiry różowe, zielone, niebieskie i fioletowe, bo to nieprawda, że szafir jest tylko niebieski. Czarne diamenty robią furorę, bo są imponujące i przystępne cenowo. Mamy morganity, mamy apatyty – mógłbym wymieniać bez końca. Ostatnio zdobyliśmy na przykład cudowne różowe turmaliny o bardzo głębokiej barwie, niemal lilac oraz bladoróżowe kunzyty. Jeden z nich, o średnicy ponad 3 centymetrów, trafił na pierścionek w nowoczesnym stylu: okrągła obrączka i tylko trzy łapki trzymające trójkątny kamień – bo to, że lubimy rzemiosło i dawnych mistrzów, nie oznacza, że nie potrafimy stworzyć też nowoczesnych przedmiotów. Nam chodzi przede wszystkim o spełnianie marzeń. Tym się zawsze kierujemy.

 

Hubert Wit Włodawiec z Mamą, zdjęcie: archiwum firmy Chart


zdjęcia: archiwum firmy Chart

 


Podoba Ci się? Podziel się!

Copywriter kawoholik. Jako antropolog i dziennikarz z wykształcenia, nie lubi oczywistych odpowiedzi i pierwszych skojarzeń, kocha za to historie z drugim dnem. Na co dzień jest człowiekiem od zadań wszelakich w poznańskiej agencji marketingowej, a w przerwach między stukaniem w klawisze, randkuje z migawką swojego Nikona. Piastunka oplątw oraz niepoprawna psia matka.