TOP

Biżuteria wykuta w ognisku domowym | Bytomski Bytomska Jewellery

Kiedy pracownia złotnicza sąsiaduje z kuchnią pachnącą domowym obiadem i jeszcze ciepłym ciastem, oczywistym jest, że nie może być mowy o masowej produkcji i oklepanych wzorach. Bytomski Bytomska Jewellery to pracownia rodzinna, w której ojciec i córki tworzą wspólnie biżuterię, skrywającą w sobie o wiele więcej, niż tylko zaskakujące wzornictwo. Oto bardzo ciepła rozmowa z Bogumiłem Bytomskim oraz jego córkami: Julią, która wspólnie z tatą tworzy kolekcje przypominające spacer po bajkowym lesie oraz Zuzanną, która ich pracę kreatywną okrasza niezbędnym spojrzeniem biznesowym.

 

Państwa pracownia powstała w 1973 roku, ale od tego czasu wiele się zmieniło – w 2013 powstała marka Bytomski  Bytomska Jewellery, która włączyła do pracy nad biżuterią nowe pokolenie rodziny Bytomskich – skąd ten pomysł? Czy wspólna marka i praca zmieniła Państwa podejście do biżuterii?

 

B.B.: To był w zasadzie pomysł moich córek, by stworzyć wspólną markę. Mi to bardzo odpowiada, bo w końcu mogę przestać być jednocześnie projektantem i przedsiębiorcą i zająć się w pełni biżuterią. Ta rola biznesowa nie do końca mi pasowała, ale była niejako wymuszona przez sytuację. Teraz, kiedy Zuzann i Julia przejęły część obowiązków, znów mogę się skupić na szlifowaniu warsztatu, próbowaniu różnych rzeczy. Zmieniło się też nasze podejście do pracy. Dziewczyny zwróciły uwagę na sprawy, które kiedyś nie były tak istotne – na bardziej zrównoważone tworzenie, dbałość o środowisko. Kiedyś te sprawy nie były tak nagłaśniane, po prostu nie myślało się o tym. Zgadzam się jednak, że to ważne sprawy i jestem otwarty na to, co dziewczyny mi proponują.

 

J.B.: Dla mnie zmieniło się bardzo dużo. Na początku, kiedy uczyłam się w pracowni taty, byłam jedynie pracownikiem, który robi to, co mu każą. W momencie w którym zaczęliśmy w trójkę współtworzyć markę, zyskałam głos, zaczęłam mieć wpływ na całokształt. Zanim stworzyliśmy nową markę, prace taty wydawały mi się trochę toporne, masywne – były to rzeczy bardziej komercyjne, a ja chciałam wrócić do stylu, który pamiętam z początków działalności firmy: do delikatnych, drobnych form, do ażurowych kształtów inspirowanych naturą. Tak się stało i nasze kolekcje odzwierciedlają to, co podoba się nam obojgu. 

 

Czy wspólna praca wymaga dużych kompromisów?

 

B.B.: Tak, bo w końcu wszyscy jesteśmy dyrektorami! Ale też nie aż takich, jak można by się spodziewać. Mamy podobny gust, podobają nam się te same przedmioty i w wielu rzeczach jesteśmy bardzo zgodni…

 

Z.B.: …Ale też są kwestie, które sprawiają, że dyskusja robi się bardzo… intensywna. Szczególnie, że w naszej pracy jest wiele emocji. Staramy się nie rozmawiać o pracy podczas rodzinnych spotkań, ale kiedy zostajemy tylko w trójkę, to wciąż rozmawiamy o biżuterii. W naszej sytuacji pracy i życia prywatnego nie da rozgraniczyć!

Szczególnie, że w domu w którym mamy pracownię, jest też kuchnia z dużym stołem i tam, przy cieście albo przy obiedzie, toczą się często najważniejsze dyskusje. Siadamy przy talerzach, ktoś gotuje, miesza w tych garach, a inni… dosalają lub dopieprzają 😉

 

 

W swojej pracy podkreślają Państwo bliskość z naturą – co to właściwie oznacza i jak to się przekłada na Państwa biżuterię?

 

B.B.: Bliskość oznacza, że żyjemy w otoczeniu natury – nasza pracownia jest teoretycznie w Warszawie, ale są to jej obrzeża. Zaraz za płotem mamy ogromny las, który rozciąga się aż do pobliskich miejscowości. Mając wokół siebie takie widoki, w których nie ma symetrii czy porządku, bardzo naturalnie przekłada się je na biżuterię – inspirujemy się tym, co oglądamy na co dzień. W lesie nie rosną idealnie równe drzewa, nie ma tam perfekcjonizmu i płaszczyzn odmierzonych od linijki, więc odzwierciedlamy to w naszych pracach.  Dlatego w naszych projektach jest też element zaskoczenia: tam gdzie normalnie można się spodziewać pewnej linii, ciągłości, jest niespodzianka, są nietypowe rozwiązania burzące symetrię. W lesie nie ma powtarzalności i nudy, nie ma identycznych kształtów. Każda gałąź jest inna, chropowate formy na korze są niepowtarzalne, tak jak nasze projekty. Każdy jest robiony ręcznie, każdy jest choćby odrobinę inny, nawet jeśli robimy przedmioty z tej samej serii. To specyficzna estetyka, która opiera się nie na porządku, który możemy z łatwością odnaleźć w mieście, ale czerpie z dzikich krajobrazów. 

 

Bliskość z naturą to też dbałość o środowisko – w Państwa biżuterii znajdziemy złoto Fairmined czyli pozyskane w sposób odpowiedzialny. Stosują Państwo też recycling i up-cycling w biżuterii – czy projektowanie zrównoważone jest trudniejsze?

 

B.B.: Czy jest trudniejsze? Na pewno jest wolniejsze. To wyzwanie, bo tworząc coś z wyjątkowych materiałów, które nie są tak powszechnie dostępne jak inne, narzucamy sobie pewne ograniczenia. To takie projektowanie slow, w sensie zarówno tempa prac, jak i tego, by nie wytwarzać mnóstwa identycznych przedmiotów, ale zastanawiać się też nad ich źródłem. Nie używamy krwawych diamentów, a nasze złoto ma certyfikaty – to oznacza dla nas większe koszty oraz rozciągnięty w czasie proces tworzenia, jednak w ten sposób powstaje coś, pod czym możemy się z dumą podpisać. Nie chcemy projektować bezrefleksyjnie. Zasoby na naszej planecie są ograniczone, w dodatku człowiek i jego wytwory dominują nad tymi naturalnymi. Nasze podejście to taki może niewielki, ale ważny dla nas krok, by wyrównać te dysproporcje. Nie tworzymy z naciskiem na ilość, ale mamy kontrolę nad tym co u nas powstaje i skąd się bierze. Mamy to ogromne szczęście, że jesteśmy warsztatem samowystarczalnym – mamy wpływ na projekt na każdym etapie tworzenia. Osobiście bardzo lubię tą całą alchemię, kiedy mam do czynienia z płynnym złotem, przetapiam je, nadaję nową formę. To jest coś wspaniałego.

 

J.B.: To był mój pomysł oraz Zuzy, by postawić na świadome projektowanie Często żartuję, że to dlatego, że lubimy utrudniać sobie życie – bo to jest rzeczywiście bardziej skomplikowane. Przez to, że materiały z których korzystamy są ograniczon, musimy je szanować i bardziej świadomie projektować. Tak jak powiedział tata, to ogromne wyzwanie i też ograniczenie, ale myślę, że to właśnie te ograniczenia wzmagają u nas kreatywność. Czasem naprawdę trzeba się pochylić nad danym pomysłem, ugryźć go z każdej strony. To daje satysfakcję.

 

Z.B.: Bardzo fajne jest dawanie biżuterii drugiego życia – szczególnie, że często ta przerabiana biżuteria ma ogromną wartość emocjonalną. Ktoś przychodzi z rzeczami po ukochanej babci, które chciałby nosić, ale niekoniecznie pasuje mu taki retro styl. My nadajemy tej biżuterii nowy wygląd, bardziej odpowiadający klientowi, ale nadal ma ona tę wartość sentymentalną. To świetna sprawa.

 

 

Recycling i upcycling pozwalają na pewno tworzyć biżuterię z historią – sama mam obrączki z recyclingu. Jakie były Państwa najciekawsze projekty stworzone w tym duchu?

 

Z.B.: Może nie do końca ja powinnam się tu wypowiadać, bo nie ja de facto tworzę, ale dla mnie wyjątkowa jest biżuteria, którą my nazywamy rozwodową. Dosyć często zdarza się, że odzywają się do nas ludzie właśnie po rozwodzie, którzy chcą dać nowe życie obrączce lub pierścionkowi zaręczynowemu. To bardzo ciekawa sytuacja, bo z czegoś bardzo przykrego, często bolesnego,  powstaje rzecz, która sprawia radość. To dlatego, że w tym momencie nasi klienci skupiają się tylko i wyłącznie na tym, by poprawić sobie nastrój i w ten sposób powstają rzeczy bardzo żywiołowe. Może nie do końca określiłabym je jako krzykliwe, ale są na pewno wyraziste, nastawione na przyjemność. To dla mnie szalenie pozytywne.

 

J.B.: Dla mnie również te projekty są szczególne – zwłaszcza, że pierwszy projekt, którym się zajmowałam po założeniu marki, był właśnie pierścionkiem rozwodowym. To było dla mnie bardzo emocjonalne – nie tylko dlatego, że robiłam coś po raz pierwszy i miałam pewne obawy czy to na pewno wyjdzie. To był pierścień dość masywny, z dużym kamieniem, przez co projekt był dość skomplikowany. Na to wszystko nałożył się fakt, że robiłam to dla osoby bardzo mi bliskiej, której chciałam pomóc otrząsnąć się po nieprzyjemnych doświadczeniach. Na szczęście mi się udało – projekt wpasował się idealnie w gust i oczekiwania osoby dla której był wykonany. W pewnym sensie stał się takim amuletem szczęścia – ta osoba się z nim nie rozstaje i wygląda z nim na bardzo szczęśliwą. 

 

W Państwa kolekcjach widać, że lubią Państwo unikalne  i niepowtarzalne formy, jak np. krótka seria z kamieniem księżycowym.  Czy ludzie dziś doceniają wyjątkowość?

 

Z.B.: Myślę, że mimo wszystko sporo jest takich ludzi i że będzie ich coraz więcej. Często spotykamy się z tym, że ludzie do nas piszą czy odwiedzają w pracowni i mówią, że oszczędzają na przykład na dany pierścionek, bo on jest taki „ich”. Wolą kupić mniej rzeczy, ale za to unikalnych. Mogę też powiedzieć, że niejako edukujemy naszych klientów. Podczas spotkań opowiadamy o tym czym jest złoto Fairmined, skąd się wzięły takie a nie inne kamienie. Im więcej o tym wiedzą, tym bardziej doceniają to, co robimy. Szczególnie, że jesteśmy małym warsztatem, który stawia na indywidualne podejście – ludzie proszą nas o indywidualne projekty, które odbierają w naszej pracowni, odwiedzają nas kilka razy, dyskutujemy o biżuterii przy domowym cieście. To dla nich bardzo urzekające.

 

 

Kim jest zatem Wasz klient idealny? Jak go sobie wyobrażacie? 

 

J.B.: Bardzo często nie musimy go sobie wyobrażać, bo jak mówiliśmy to konkretna osoba. W takim przypadku wszystko jest oczywiste. Jeśli jednak nad czymś pracuję i wiem, że nie ma na to klienta, to nie myślę o tym dla kogo tworzę, tylko skupiam się na biżuterii. Po prostu robię to jak najlepiej, w zgodzie ze sobą i liczę, że spodoba się także innym, że trafi to na swojego odbiorcę. Nie analizuję, że to ma trafić do kobiety w wieku od 25 do 30 lat, pochodzącej z dużej miejscowości, z takim a nie innym wykształceniem.

 

Z.B.: Bardzo trudno jest ująć naszego odbiorcę w jakieś wymiary demograficzne, bo to są ludzie szalenie różnorodni. Na pewno to są ludzie, którzy wiedzą czego chcą, są pewni swojego stylu i gustu i nie przejmują się tym, co mówią inni. Jednak poza tym, trudno znaleźć punkt wspólny – są to ludzie zarówno bardzo młodzi, jak i bardzo dojrzali. Mieliśmy na przykład klientki z Holandii, które miały już naprawdę słuszny wiek i którym bardzo się spodobało kilka naszych propozycji. Nasza biżuteria jest bardzo charakterystyczna, czasem trochę śmieszna, fikuśna – im to bardzo pasowało, nie przejmowały się, że ktoś może z tego zażartować lub, że im z racji wieku to nie przystoi. Wyszły od nas wspaniale wystrojone i dobrze się z tym czuły. Ale to też ludzie bardzo młodzi, którzy wolą zaoszczędzić na nasza biżuterię, zamiast kupować kilka rzeczy w sieciówkach, bo doceniają wartości na których nam zależy. 

 

A co daje Państwu największą satysfakcję?

 

B.B.: Że nadal mogę robić, to, co kocham. Że są sprawne ręce, oczy, że wciąż mogę działać i mam siłę, by próbować nowych technik, uczyć się. Ostatnio zakochałem się w nowych sposobach oprawy kamieni, lubię pracować bezpośrednio w metalu, w złocie. Ślady po rylcu pięknie błyszczą przy obróbce, to sprawia mi prawdziwą przyjemność. Złoto, w przeciwieństwie do srebra jest dużo twardsze, ale też według mnie daję ogromną frajdę z tworzenia. Dla mnie satysfakcją jest właśnie to, że po tylu latach nadal mam w sobie chęci, by tworzyć, nadal mogę się uczuć i rozwijać.

 

Z.B.: Ja musiałam się tej satysfakcji nauczyć, bo nie była ona od początku tak oczywista. Mi zabrakło zdolności manualnych Julii i taty, albo jeszcze się one nie ujawniły, więc ja odpowiadam w firmie za kwestie biznesowe, które niewiele wspólnego mają z moim wykształceniem. Dlatego szukałam tych powiązań, które sprawiłyby, że mogłabym realizować wiedzę z historii sztuki czy jakieś moje pasje z rodzinną marką i pracownią. Dziś zdarza się, że ja także angażuję się w proces twórczy, tylko nieco inaczej – znajduję kamienie, wybieram konkretne okazy i mówię jak powinny być oprawione. Zrobiłam kurs gemmologi i to jest to, co mnie bardzo pociąga. Znalezienie sposobu, by się realizować w tej sytuacji, by robić mimo wszystko to, co lubię, to dla mnie ogromna satysfakcja.

 

J.B.: Dla mnie źródłem satysfakcji jest po prostu fakt, że praca którą zrobiłam sprawia komuś radość. Bardzo angażuję się w to co robię: od konceptu, przez próbowanie różnych metod, różnych sposobów obróbki, czasem wspólną pracę z tatą w pracowni nad jakimś przedmiotem. Kiedy mam skończony projekt i ktoś może powiedzieć o nim, że tego szukał, że to jest dla niego idealne, to sprawia mi to ogromną radość.



zdjęcia: by-jewellery.com

Podoba Ci się? Podziel się!

Copywriter kawoholik. Jako antropolog i dziennikarz z wykształcenia, nie lubi oczywistych odpowiedzi i pierwszych skojarzeń, kocha za to historie z drugim dnem. Na co dzień jest człowiekiem od zadań wszelakich w poznańskiej agencji marketingowej, a w przerwach między stukaniem w klawisze, randkuje z migawką swojego Nikona. Piastunka oplątw oraz niepoprawna psia matka.