TOP

From the mine with love – wywiad z AnnaSza Bespoke Jewellery

W jej ręce trafiają najbardziej lśniące kamienie szlachetne w Bangkoku i wcale nie są to diamenty. W pierścionkach marki królują tanzanity, turmaliny, cyrkony i przede wszystkim spinele, których kolory i blask od razu zatrzymują wzrok i chwytają za serce. Do projektów trafiają wprost z rodzinnych kopalni dalekiej Azji, ale same pierścionki są tworzone z myślą o Polsce. Przedstawiamy Wam Annę Szafranowicz i jej markę: AnnaSza Bespoke Jewellery.

Od czego się zaczęło?

 

Od mojej wycieczki do Azji jako backpackers i… zauroczenia. Podczas pobytu w Bangkoku poznałam mojego już dzisiaj męża, Nira, który oczarował mnie swoją osobą i pasją do kamieni szlachetnych. Dla niego już po kilku miesiącach zdecydowałam się na przeprowadzkę do Tajlandii. Rzuciłam wszystko i zostawiłam życie w Polsce. Może to brzmieć jak szaleństwo, ale Nir jest osobą z wielką charyzmą, jego energia aż hipnotyzuje. Kamienie i opowieści o nich były z nami cały czas – trudno było nie dać się temu porwać. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że nigdy wcześniej biżuteria mnie nie interesowała. Moja wiedza o kamieniach szlachetnych ograniczała się do tego, że znałam diamenty i wielką trójcę: szmaragd, rubin i szafir.

I nagle Nir otwiera moje oczy na oszałamiający świat egzotycznych klejnotów. Zafascynowana tymi historiami, zaczęłam bywać w szlifierni, którą mąż prowadzi z bratem już 15 lat. Tam Nir pokazał mi, jak z nieoszlifowanego kamienia powstaje niezwykły klejnot. Proces jest niezwykły, więc postanowiłam zgłębić tajniki obróbki naturalnych kamieni szlachetnych. Cóż mogę rzec: zakochałam się. I w mężczyźnie i w profesji. 

 

Anna Sza – właścicielka marki

 

Jak od zauroczonej obserwatorki przeszłaś do roli projektantki?

 

Z wykształcenia jestem architektem i na początku starałam się nadal pracować w zawodzie. Działałam online, bo teoretycznie nie był to problem, ale w rzeczywistości okazało się to trudniejsze niż myślałam. To był czas, kiedy intensywnie rozwijał się Instagram, więc zajęłam się obróbką zdjęć kamieni oraz pomagać w promocji i marketingu. Zaczęłam przebywać wśród tych klejnotów coraz częściej. To była czysta magia, ale cały proces kończył się w momencie, gdy oszlifowany kamień trafiał w ręce innego projektanta czy jubilera. Moja artystyczna dusza czuła niedosyt. Coraz częściej pojawiała się w mojej głowie myśl, by zacząć też projektować. Robiliśmy wcześniej projekty dla rodziny i przyjaciół, po jakimś czasie pojawiła się idea tworzenia biżuterii bespoke. I tak zaczęła się historia AnnaSza Bespoke.

 

Czy między projektowaniem przestrzeni a projektowaniem biżuterii odczułaś dużą różnicę? Niby oba zawody są podobne, ale z pewnością wymagają innej wiedzy. 

 

Właściwie nie odczułam wielkiego przeskoku – w miarę gładko weszłam w tworzenie biżuterii. Największą trudnością było zrozumienie materii, z którą się pracuje. Samo projektowanie jest dla mnie naturalne: zawsze lubiłam tworzyć. Oczywiście uznałam, że to za mało i poszłam chociażby na kurs projektowania biżuterii tutaj w Tajlandii. Okazało się jednak, że wiele rzeczy było dla mnie oczywistych. Szukałam dalej i trafiłam do malutkiej pracowni jubilerskiej w Katowicach, gdzie mogłam nauczyć się od podstaw, jak powstaje biżuteria. Praca tam wciągnęła mnie od razu – aż właścicielka śmiała się, że nigdy nie miała takiego ucznia. Mogłabym spędzać tam dnie i noce… Naprawdę wiele się nauczyłam. To doświadczenie było istotne w zrozumieniu, że podejmuję słuszną decyzję zmieniając swoją profesję. Dopiero teraz czuję, że robię to, co kocham i do dziś to uczucie daje mi kopa do działania.

 

A co jest wyzwaniem w takiej pracy?

 

Chyba to, że zaczęliśmy w dość trudnym dla wszystkich czasie, bo pandemia każdego w jakiś sposób dotknęła. Myślałam, że będę miała fizyczny kontakt z klientem, że będę w stanie więcej podróżować pomiędzy Azją a Europą, a okazało się, że rzeczywistość jest inna. AnnaSza powstała z myślą o polskiej kobiecie, a pandemia wylała na mnie kubeł zimnej wody. To jest dla mnie bardzo smutne, bo brakuje mi bezpośredniego kontaktu z klientami. Nasze klejnoty są wyjątkowe, między innymi ze względu na ich „życie”. Niestety zdjęcie czy film często nie są w stanie tego oddać.

W biżuterii bespoke istotny jest proces, który oferujemy klientowi i to, by pokazać kamień na żywo, by klientka mogła go dotknąć. Zdjęcia potrafią być złudne. Dlatego fotografuję i nagrywam nasze kamienie o różnych porach dnia, w różnym świetle, tak by klient miał jak najlepszy obraz tego, co wybiera. Dziś, w dobie sprzedaży online, najlepszym komplementem jaki często słyszymy jest to, że klient nie spodziewał się tak niezwykłego klejnotu.  Marzę o tym, by znów móc spotykać moich klientów na żywo.

 

Nie każdy może się pochwalić, że bywa na co dzień w szlifierni kamieni. Możesz opowiedzieć jak wygląda to miejsce i praca w nim?

Od razu muszę podkreślić, że nie byłam w wielu szlifierniach, a większość z nich ma swoje pilnie strzeżone sekrety. Także i nasza. U nas pracuje około 15 osób, które siedzą przy swoich stołach szlifierskich, każdy z nich ma swoją specyfikę i specjalizację, a cała praca z kamieniem jest  podzielona na kilka etapów. Jeszcze w kopalni oceniamy potencjał kamienia. Tutaj doświadczenie Nira jest nieocenione. To są często decyzje pod presją czasu, dotyczące niemałych sum pieniędzy. W te kilka chwil musi ocenić czy warto inwestować w surowiec, czy jego kolor jest akuratny, czy czystość wystarczająca. 

Gdy kamień trafia już do nas, wykonujemy najpierw tzw. preforming, czyli pierwsze nadawanie kształtu. To najtrudniejsza i najbardziej odpowiedzialna część pracy – to podczas niej okazuje się czy uzyskamy taką wagę, a co za tym idzie wartość kamienia, na jaką liczyliśmy. Nie ma mowy o kompromisach – nigdy nie staramy się otrzymać większej wagi kosztem czystości kamienia. Nasze kamienie są loupe clean –to określenie oznacza, że pod lupą, przy dziesięciokrotnym powiększeniu, są nadal czyste, nie mają żadnych inkluzji. Po preformingu szlifujemy kamień według naszego własnego, precyzyjnego szlifu, nadajemy mu fasetki – wszystko robimy ręcznie. Jeśli jest akcept takiego oszlifowanego kamienia, pora na nasze magiczne polerowanie. To jest nasza wisienka na torcie – żaden kamień w Bangkoku, i mówię to z ręką na sercu, nie lśni tak jak nasze kamienie. W ten sposób otrzymujemy ostateczny, najwyższej jakości klejnot. Taki właśnie produkt ląduje w naszej biżuterii.

 

Chwalicie się filozofią from the mine to the market. Co to oznacza?

 

Jesteśmy pierwszą na polskim rynku marką działająca w myśl zasady „from the mine to the market” (z kopalni na rynek). W praktyce oznacza to, że omijamy łańcuch pośredników w handlu kamieniami. Współpracujemy bezpośrednio z kopalniami wydobywczymi. Pracujemy z surowcem, który sami pozyskujemy – Nir jeździ do małych kopalni na Sri Lance, w Wietnamie czy Birmie, gdzie szuka idealnego surowca z którego wydobędziemy jego pełen potencjał. Samodzielnie nabywamy, szlifujemy kamienie, a następnie pracujemy nad projektem i wykonujemy biżuterię. Dla naszego klienta ma wielkie znaczenie to, do ilu rąk trafi produkt, zanim dotrze do niego. Przekłada się to na jego ostateczną wartość. Wierzymy w ideę „from the mine to the market” i jesteśmy dumni, że nasi klienci w Polsce mogą cieszyć się z prawdziwej wartości klejnotu, zachowując przy tym dbałość o etyczny aspekt swojej inwestycji. Znamy swoje kamienie od momentu kiedy ujrzą światło dzienne i towarzyszymy im do momentu, kiedy trafią do klienta.

 

To ma przełożenie na cenę – takie klejnoty mają zupełnie inną wartość niż te, które możemy znaleźć w popularnych sieciówkach. Co składa się na ostateczną cenę Waszej biżuterii? 

 

Na nią wpływ ma kilka elementów. Po pierwsze: surowce najwyższej klasy. Tak jak wspomniałam, oferujemy naturalne kamienie szlachetne o wyjątkowej jakości. Wszystkie są pozyskiwane etycznie, a następnie ręcznie szlifowane. Każdy z nich ma rzecz jasna certyfikat. Dostępne u nas diamenty mają barwę F-G i są czystości Vs-VVs. W dodatku wykorzystujemy wyłącznie 18-karatowe złoto oraz platynę próby 950. Po drugie: usługa BESPOKE to zupełnie inna jakość, niż w przypadu zakupu gotowego, masowego produktu. My tworzymy indywidualny i niepowtarzalny projekt, który odpowiada na marzenia naszego klienta. Gdy ustalamy jego ostateczny kształt, klient może liczyć na profesjonalne doradztwo gemmologa. To specjalista z 15-letnim doświadczeniem na światowym rynku obrotu topowymi kamieniami szlachetnymi – o tego typu specjalistach nie ma mowy u zwykłego jubilera. Zresztą nie tylko wybitny gemmolog sprawia, że jakość naszych usług jest naprawdę wyjątkowa. Złotnicy z którymi współpracujemy to doskonali rzemieślnicy, wirtuozi, którzy pracę ręczną łączą z użyciem najnowszych technologii skanowania kamieni szlachetnych i wydruku 3D projektu biżuterii. 

 

Wspomniałaś wcześniej o spinelach – za co je kochasz? Bo trudno nie zauważyć, że w Waszej biżuterii to one grają pierwsze skrzypce.

 

Tak, to taka nasza misja, aby rozpowszechnić spinele w Polsce. Zanim Nir zaczął mi o nich opowiadać, nigdy nie słyszałam o spinelach. Musiałam na nie spojrzeć i dotknąć ich, by zrozumieć, co ma na myśli. W Polsce wiedza o nich jest niewielka, a są to niezwykle cenione i poszukiwane kamienie na świecie. Przez stulecia były mylone z rubinami czy szafirami – ze względu na ich barwę i miejsce wydobycia. Wiele znanych „rubinów” to w rzeczywistości spinele. Najsławniejszy z nich to tzw. Rubin Czarnego Księcia w koronie brytyjskiej Królowej. Innym słynnym spinelem wziętym za rubin jest Rubin Timura, który ma ponad 350 karatów. Na szczęście dziś spinele są już o wiele bardziej rozpoznawalne. Na rynku amerykańskim spinele, szczególnie te o stalowej barwie z naszej kolekcji sprzedają się jak świeże bułeczki. Spinel to zarówno mocne, głębokie kolory, jak i bardzo jasne pastele, we wszystkich odcieniach różu, lawendy, czerwieni, pomarańczu, fioletu czy niebieskiego, a nawet czarnego. Nie lubię określenia, że coś jest „modne”, dlatego ujmę to w ten sposób: cieszę się, że w końcu się je docenia. 

Ja je uwielbiam za to, jak prezentują się w biżuterii. Mój pierwszy poważny pierścionek to właśnie grafitowy spinel w towarzystwie diamentów. Zdaję sobie sprawę, że ciężko się zachwycić czymś, czego się nie widzi, bo trzeba wziąć spinel do ręki, zobaczyć, poczuć, zrozumieć jak światło się odbija w tym kamieniu, żeby zrozumieć jego istotę. One nawet już jako surowiec są niezwykle urocze i piękne. W dodatku, w przeciwieństwie do innych kamieni, nie muszą być poddawane rozległym i inwazyjnym obróbkom. Spineli się nie ulepsza – one są doskonałe takie, jakie znajdujemy je w głębi ziemi. Z Birmy pochodzi określenie na spinele: „polished by gods”, czyli wypolerowane przez bogów. Dla mnie to idealne określenie ich niezwykłej urody.

 

Rozumiem, że Twój ulubiony kamień w Waszej kolekcji to spinel?

 

Oczywiście – nie mogło być inaczej. To bardzo smukły, grafitowy spinel w kształcie bagietki: 15 x 5 milimetrów. Pamiętam, kiedy przyniosłam go do naszego złotnika i powiedziałam, że chce go osadzić w prostej oprawie typu bezel, by nic nie odciągało uwagi od jego unikatowego kształtu. I wtedy po raz pierwszy zderzyły się dwa światy – projektanta i jubilera jako rzemieślnika. Moja wizja kontra rzeczywistość. Taka oprawa była dość ryzykowna, a kamień pod wpływem nacisku mógł po prostu pęknąć. Ale udało się. Podejrzewam, że wielu jubilerów poniosłoby klęskę, ale atelier z którym współpracujemy to najlepsi fachowcy z wieloletnim doświadczeniem, wykonujący produkty dla topowych marek na rynku.

 

Jak można kupić u Was pierścionek?

 

Tworzymy tylko na indywidualne zamówienie. Klienci się do nas zgłaszają, mówią czego szukają, a my pomagamy wybrać dla nich wyjątkowy kamień i dobrać do niego oprawę. Dysponujemy dużą kolekcją gotowych, oszlifowanych kamieni, ale jeśli zdarzy się, że klient poszukuje czegoś, czego akurat nie posiadamy, zawsze możemy to zdobyć, chociaż wtedy musimy liczyć się z tym, że cały proces może się wydłużyć. Jeśli klient przychodzi do nas, bo szuka na przykład pierścionka zaręczynowego – oczywiście nietypowego, bo raczej się do nas nie przychodzi po tradycyjne modele z diamentem – najpierw jak najlepiej staram się poznać jego  oczekiwania. Dla mężczyzny oprócz walorów estetycznych ma znaczenie walor inwestycyjny. U nas może liczyć na kompetentne doradztwo w tej kwestii. 

Kiedy to kobieta kupuje biżuterię dla siebie, sytuacja częściej wygląda tak, że ona już wie, czego chce. Najbardziej lubię, gdy mam wolną rękę w procesie twórczym, oczywiście po wcześniejszym zapoznaniu się z gustem klientki. Uwielbiam projektować, a kiedy mam swobodę, to naprawdę czuję, że w pełni mogę podpisać projekt swoim nazwiskiem. Chcę, by jeden rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że dany projekt wyszedł od nas. Nasze kamienie, ich szlif, kolor, wielkość, czystość są nie do podrobienia, są to topowe okazy, zawsze certyfikowane przez rzetelne laboratoria i to jest nasz największy wyróżnik.

Ponadto, proponujemy kolor złota: jasne wino. To jest barwa nierodowanego złota dość rzadko oferowana klientom. Co więcej, każdy pierścionek ma we wnętrzu obrączki mały, grafitowy spinel –  nasz ‚hidden gem’, mój podpis. O wiele lepiej się czuję, gdy ten podpis trafia na projekty, które są stworzone według mojego pomysłu i w zgodzie z moją estetyką, niż gdy ktoś przychodzi do mnie z projektem, który gdzieś zobaczył i chciałby mieć coś podobnego.

 

A kim właściwie są Wasi klienci? Kto sięga po Waszą biżuterię?

 

W większości są to kobiety, mężczyźni wciąż rzadziej sięgają po chociażby sygnety. Moje klientki to kobiety, które wiedzą czego chcą, często kolekcjonują biżuterię. Śmiałe, odważne, pewne siebie i swojej wartości, często idące pod prąd. Z racji tego, że w naszej ofercie są dość kosztowne rzeczy, to często są to kobiety sukcesu, które zawdzięczają go ciężkiej pracy – myślę że dlatego potrafią docenić naszą.

To nie są skromne dziewczyny – chcą dużych, kolorowych kamieni, chcą, by błyszczały i lśniły, chcą je pokazywać i doskonale czują się wtedy, gdy cała uwaga skupia się na nich. Kobiety, dla których miałam zaszczyt projektować łączy na pewno jedno – pragnienie posiadania czegoś wyjątkowego, stworzonego specjalnie dla nich.  Cóż mogę powiedzieć – u nas to znajdują.

 

AnnaSza Bespoke Jewellery | IG

 

model: Agata Jankowiak

zdjęcia: Katarzyna Jankowiak

miejsce: Bazar Poznański

Podoba Ci się? Podziel się!

Copywriter kawoholik. Jako antropolog i dziennikarz z wykształcenia, nie lubi oczywistych odpowiedzi i pierwszych skojarzeń, kocha za to historie z drugim dnem. Na co dzień jest człowiekiem od zadań wszelakich w poznańskiej agencji marketingowej, a w przerwach między stukaniem w klawisze, randkuje z migawką swojego Nikona. Piastunka oplątw oraz niepoprawna psia matka.